Dochodzimy do sedna sprawy: dlaczego przespałem tę dekadę? Otóż odpowiedź brzmi: dlatego, że ta dekada była w większości senna. Ściślej mówiąc, głównym mankamentem większości albumów powstałych w ostatnim dziesięciu latach jest to, że utwory na nich zawarte są do siebie podobne. Jedni uważają to za zaletę - kapela ma własny styl, który rozwija w każdej kolejnej kompozycji. Mi to jednak nie pasuje. Posłuchajcie sobie jakiegokolwiek klasyka, czy to z półki rodziców, czy listy Rolling Stone'a, czy z własnego zbioru. Tam wciąż coś się dzieje, zmienia, artyści bez strachu przemierzają niezbadane wcześniej lądy i wszystko ze sobą gra, nie ma zgrzytów, nie ma nudy. A Twilight Singers, poza tym, że są dobrzy, są... Nudni.
Otrzymujemy dwanaście popowych kawałków. Jednak jest to pop w takim rozumieniu, jak muzyka Stinga - utwory są wyrafinowane, wspaniale dopracowane, ale to jednak pop. Nie wnikając już w to, czy pop jest po prostu popem, czy funkcjonuje też jego "inteligenta" odmiana, określiłbym muzykę zawartą na albumie jako wysublimowaną. Nie znajdziemy tu radiowych hitów, ale piosenki, których po prostu dobrze się słucha, które nie są banalne. Cała płyta utrzymana jest w spokojnym nastroju, za który odpowiada gitara akustyczna, pianino, czasem jakieś skrzypce w tle. Na szczególną uwagę zasługuje sprawna sekcja rytmiczna, bardzo wyraźna zwłaszcza w utworze Love. Album zaczyna się ładną, klimatyczną balladą The Twilite Kid i kończy podobnie, balladą Twilight. Mnogość Twilightów nie dziwi, grupa chciała podkreślić swoją tajemniczą nazwę (śpiewacy zmierzchu?), a płyta powstała na długo przed (wiadomo o co chodzi). Niestety, nieważne jak piękne by te ballady nie były, nie zamaskują one monotonii materiału, który raz bardziej, raz mniej je po prostu przypomina. Jako plus należy przypomnieć dopracowaną warstwę muzyczną, która gra naprawdę bez zarzutu. Gorzej jest z wokalem głównego twórcy projektu, Grega Dulli'ego. Wielokrotnie podkreślał on w wywiadach, że w śpiewie ważniejsza jest dla niego ekspresja, niż czystość dźwięku. Nie wiem czy to zamierzony zabieg stylistyczny, czy po prostu wciskanie ludziom ściemy, ale po pewnym czasie fałsze męczą i wydają się po prostu nieuzasadnione (jeżeli kiedykolwiek mogą być uzasadnione). Na domiar złego, często wykorzystywany jest tu patent dwugłosu. Tak, oczywiście oba głosy są nieczyste, bo to ekspresja taka. Jedyny moment, gdzie naprawdę współgrają, to piosenka King Only - jeden z mocniejszych punktów albumu. Poza nim mamy jeszcze soulujący Railroad Lullaby (ten Hammond!) i poruszający Last Temptation, który niestety psują fałsze. Najlepszy na płycie jest utwór bez wokalu, czyli Verti-Marte. Na tle łagodnych, kojących motywów słyszymy urywki jakiejś telefonicznej rozmowy. Najczęściej powtarzającą się wypowiedzią jest "goodbye motherfucker", które wieńczy kompozycję.
Właśnie to chce się powiedzieć wokaliście słuchając Twilight As Played By The Twilight Singers. Dobrze, że nie zaśpiewał chociaż w tym jednym numerze.
(5/10)
Blog ten zmienił swój profil - będzie tu mowa o albumach muzycznych wszelkiego rodzaju, z lat 60., 70., 80., 90., 00., a może też 10. lub 50. Recenzje, kompilacje, rankingi i podsumowania. Poszukiwanie w muzyce nastroju. Albumy, których nie musisz lubić, ale powinieneś znać. Albumy, których nigdy byś pewnie nie poznał. Albumy - pomniki, symbole, i generalnie dzieła sztuki. O tym wszystkim na ngujenie.
czwartek, 30 września 2010
sobota, 25 września 2010
89. Something Like Elvis – Cigarette Smoke Phantom (2002)
Ocena: 0.7
Przerwa w pisaniu została spowodowana typowym przeziębieniem, nad którym nie ma się co specjalnie roztkliwiać. Napisałbym tę recenzję dużo wcześniej, gdybym mógł spokojnie usiąść i zagłębić w te dźwięki. Próbowałem, przebrnąłem przez cztery kawałki, lecz dalej nie zdołałem i postanowiłem odpocząć przy trzypłytowej reedycji Kid A, która od niedawna gości w moim zbiorze płyt. Myślałem, że to kwestia choroby. Jednak w ostatnich dniach też nie mogłem się zabrać za "tego Elvisa", ponieważ zdecydowałem się wesprzeć polską muzykę zakupując Grandę. Kto słyszał, ten wie, jak trudno oderwać się od tego materiału. Zorientowałem się jednak, że "ten Elvis" to także polska muzyka, mimo angielskich tytułów. Nigdy nie rozumiem polskich zespołów, które śpiewają po angielsku, chyba że robią karierę za granicą. Potem się dopiero okazało, że właśnie tak było z Something Like Elvis - zrobili karierę za granicą, pozostając w rodzimym kraju zupełnie nieznani.
Zacznę od tego, że nie rozumiem wszystkich ochów i achów nad Cigarette Smoke Phantom. Zwyczajny, alternatywny zespół, który dodaje czasem akordeon do swojej muzyki. Że niby przebłysk talentu? Znaczy talent panowie z Szubina z pewnością mają, ale czy naprawdę grają coś odkrywczego? Na płycie zdarzają się momenty naprawdę dobre, takie jak psychodeliczny Mastershot, nostalgiczny Someday, Somewhere... albo Electric Eye z ciekawą perkusją, lecz giną one w monotonnym klimacie całego albumu. Jak na polskie warunki na uwagę zasługuje okładka, a także, oddajmy im to, oryginalność. No bo kto używa akordeonu w rockowym składzie? Ale to tyle dobrych rzeczy. Po prostu nie znajduję w tej muzyce nic ciekawego, słuchając jej można usnąć, mimo że nie jest przesadnie łagodna. Motywy, choć mają być chyba melodyjne, wcale nie są porywające. Niewiele tu wokalu, ale to dobrze, bo wokalista brzmi jak naćpany Bono. Kawałki są długie, lecz zbyt wielu zmian w nich nie doświadczymy. Muzycy stawiają raczej na budowanie "filmowego nastroju". Może to jest właściwa drogi ich rozwoju, a ich muzyka zabrzmi lepiej w połączeniu z filmem?
W opozycji do Porcys, który dał Cigarette Smoke Phantom chwalebne 7.0, a miesza z błotem wszystkie moje ulubione albumy, daję tu ocenę w skali Porcys. A i recenzja jest w stylu Porcys, tylko że nie ma wulgaryzmów. Celem zaś tej recenzji jest zniechęcenie do słuchania płyty, a zatem osiagnąłem to, co jest podstawowym celem portalu Porcys, więc Porcys powienien być ze mnie dumny.
Przerwa w pisaniu została spowodowana typowym przeziębieniem, nad którym nie ma się co specjalnie roztkliwiać. Napisałbym tę recenzję dużo wcześniej, gdybym mógł spokojnie usiąść i zagłębić w te dźwięki. Próbowałem, przebrnąłem przez cztery kawałki, lecz dalej nie zdołałem i postanowiłem odpocząć przy trzypłytowej reedycji Kid A, która od niedawna gości w moim zbiorze płyt. Myślałem, że to kwestia choroby. Jednak w ostatnich dniach też nie mogłem się zabrać za "tego Elvisa", ponieważ zdecydowałem się wesprzeć polską muzykę zakupując Grandę. Kto słyszał, ten wie, jak trudno oderwać się od tego materiału. Zorientowałem się jednak, że "ten Elvis" to także polska muzyka, mimo angielskich tytułów. Nigdy nie rozumiem polskich zespołów, które śpiewają po angielsku, chyba że robią karierę za granicą. Potem się dopiero okazało, że właśnie tak było z Something Like Elvis - zrobili karierę za granicą, pozostając w rodzimym kraju zupełnie nieznani.
Zacznę od tego, że nie rozumiem wszystkich ochów i achów nad Cigarette Smoke Phantom. Zwyczajny, alternatywny zespół, który dodaje czasem akordeon do swojej muzyki. Że niby przebłysk talentu? Znaczy talent panowie z Szubina z pewnością mają, ale czy naprawdę grają coś odkrywczego? Na płycie zdarzają się momenty naprawdę dobre, takie jak psychodeliczny Mastershot, nostalgiczny Someday, Somewhere... albo Electric Eye z ciekawą perkusją, lecz giną one w monotonnym klimacie całego albumu. Jak na polskie warunki na uwagę zasługuje okładka, a także, oddajmy im to, oryginalność. No bo kto używa akordeonu w rockowym składzie? Ale to tyle dobrych rzeczy. Po prostu nie znajduję w tej muzyce nic ciekawego, słuchając jej można usnąć, mimo że nie jest przesadnie łagodna. Motywy, choć mają być chyba melodyjne, wcale nie są porywające. Niewiele tu wokalu, ale to dobrze, bo wokalista brzmi jak naćpany Bono. Kawałki są długie, lecz zbyt wielu zmian w nich nie doświadczymy. Muzycy stawiają raczej na budowanie "filmowego nastroju". Może to jest właściwa drogi ich rozwoju, a ich muzyka zabrzmi lepiej w połączeniu z filmem?
W opozycji do Porcys, który dał Cigarette Smoke Phantom chwalebne 7.0, a miesza z błotem wszystkie moje ulubione albumy, daję tu ocenę w skali Porcys. A i recenzja jest w stylu Porcys, tylko że nie ma wulgaryzmów. Celem zaś tej recenzji jest zniechęcenie do słuchania płyty, a zatem osiagnąłem to, co jest podstawowym celem portalu Porcys, więc Porcys powienien być ze mnie dumny.
piątek, 17 września 2010
90. Paavoharju – Yhä hämärää (2005)
Coś nie miałem nastroju do bardziej ambitnych nagrań. W ostatnich dniach tryumfy na moich playlistach święciły polskie "nowe"* rzeczy i hity starego dobrego Zeppelina. Trudno mi się było ogarnąć, wyciszyć, podejść do tego tajemniczego dzieła. Takich rzeczy nie słucha się ot tak, odrabiając sobie lekcje. Do takich rzeczy podchodzi się z należytym szacunkiem, aby w skupieniu zanurzyć się w głębi muzycznych wrażeń. Przynajmniej tak zapowiadali screenagersi, mówiąc, że największymi szczęśliwcami są ci, którzy jeszcze tego albumu nie słyszeli. Rozumiem, że chodziło o to "pierwsze wrażenie" po przesłuchaniu w całości jednego z wielkich dzieł. Cóż, do dziś żałuję, że pierwszy raz The Dark Side of the Moon słuchałem na wyrywki, dlatego też nie mogłem się zabrać za to nasze Paavoharju.
Grupa mało znana, bo z Finlandii. Obstawiam, że nikt z mojego otoczenia w życiu nie słyszał o tym zespole*. No bo niby z jakiej okazji? Śpiewają po fińsku (czasem zdaje się, że po chińsku), grają niezależny niezal free experimental electronic ambient folk, a plik jpg. z okładką o wielkości 200x200 znajduje się dopiero na trzeciej stronie w guglach.
Ale za to jaka to okładka! Czyż widząc ją, nie zostajemy już wcześniej uprzedzeni, że będziemy obcować z czymś wielkim i wyjątkowym? Przecież to chyba najlepszy cover, jak do tej pory. No tylko spójrzcie w dół - żaden z tamtych obrazków się do tego nie umywa. Jak sięgam pamięcią, w tej dekadzie nie było lepszej okładki. Ta deklasuje wszystkie, nawet mój ukochany The Bedlam in Goliath.
Po tym wstępie, czas przejść do muzyki. A na muzyce się zawiodłem. Po takim nastawieniu i takiej rekomendacji, oczekiwałem czegoś wielkiego, ponadczasowego. To miało być dzieło idealne, kwintesencja piękna! A kurczę, ta płyta jest TYLKO świetna! No nie może być! Od tajemniczych dźwięków intra (o niewymawialnej nazwie), przez wszystkie nieklasyfikowalne utwory, aż do ostatniego, najbardziej zbliżonego do formy piosenkowej, ta płyta jest świetna. Brakuje jej jednak CZEGOŚ. Brakowało mi tego przez cały pierwszy odsłuch, kiedy bardzo chciałem się czymś zachwycić, a nie mogłem. Dopiero kolejne odsłuchy uświadomiły mi, że oczekiwałem tego zachwytu na siłę, a trafiłem po prostu na świetną płytę, tyle że bez pierwiastka geniuszu.
Opisać muzykę Finów (tak, tak, oni są z Finlandii, z tego kraju, w którym mieszka Lordi) jest niełatwo, ponieważ najlepiej nadałby się do tego język fiński. W skrócie mówiąc, jest to dzieło niezrozumiałe, tajemnicze, niedopowiedziane, lecz przez to piękne. Brzmienie utworów opiera się zazwyczaj na gitarze akustycznej lub pianinie. Często też dochodzą instrumenty elektroniczne, tworzące klimat kompozycji. Niektóre kawałki są nastawione na tworzenie nastroju, przez co zbliżają się do muzyki ambient (Ikuisuuden Maailma, On Yhä Hämärää), inne są bardziej folkowe (na przykład Vitivalkoinen), inne nostalgiczne (Kuu Lohduttaa Huolestuneita), natomiast we wszystkich Paavoharju zdążyli nakombinować dodając przeróżne efekty, czy elektroniczne smaczki. Da się wyróżnić tutaj dwa wokale: jeden damski, który występuje najczęściej i przypomina manierą trochę japońskie wokalistki (tak, wiem, dziwne skojarzenie), oraz męski, który słyszymy w dwóch bardziej energetycznych kawałkach. Z początku ten drugi mi przeszkadzał, powieważ... Powiedzmy, że nie jest wybitny. Po pewnym czasie jednak przyzwyczaiłem się do niego i usłyszałem w nim pewien urok.
Yhä hämärää to album świetny, o czym już wcześniej napisałem. Nie ma tu chybionej kompozycji, wszystkie trwają razem 40 minut, więc jest idealnie. Mi jednak brakuje tego CZEGOŚ, żebym mógł dać najwyższą ocenę. Mam jednak nadzieję, że może wy to na tej płycie znajdziecie. Gorąco polecam się wsłuchać.
(9/10)
* - czyli płyty wydane w ostatnim roku przez wykonawców, w których widzę pewien potencjał.
* - Róda zna, ale Róda zna przecież wszystko.
______________________________________________________________
Nie wiem, czy zauważyliście wcześniej, ale dziesięć recenzji mam już za sobą. Płyńmy więc dalej, do przodu, przez płyty minionej dekady.
Warto jednak pamiętać o obecnej, która się właśnie rodzi. Są dobre tendencje, miejmy więc nadzieję, że obecny show biznes upadnie i będzie lepiej się działo w mainstreamie. Halo, za trzy dni wychodzi Granda! W pięciu smakach jest już na ósmym miejscu notowania Trójki, a może być wyżej! Głosujmy więc i wspierajmy dobre tendencje.
Grupa mało znana, bo z Finlandii. Obstawiam, że nikt z mojego otoczenia w życiu nie słyszał o tym zespole*. No bo niby z jakiej okazji? Śpiewają po fińsku (czasem zdaje się, że po chińsku), grają niezależny niezal free experimental electronic ambient folk, a plik jpg. z okładką o wielkości 200x200 znajduje się dopiero na trzeciej stronie w guglach.
Ale za to jaka to okładka! Czyż widząc ją, nie zostajemy już wcześniej uprzedzeni, że będziemy obcować z czymś wielkim i wyjątkowym? Przecież to chyba najlepszy cover, jak do tej pory. No tylko spójrzcie w dół - żaden z tamtych obrazków się do tego nie umywa. Jak sięgam pamięcią, w tej dekadzie nie było lepszej okładki. Ta deklasuje wszystkie, nawet mój ukochany The Bedlam in Goliath.
Po tym wstępie, czas przejść do muzyki. A na muzyce się zawiodłem. Po takim nastawieniu i takiej rekomendacji, oczekiwałem czegoś wielkiego, ponadczasowego. To miało być dzieło idealne, kwintesencja piękna! A kurczę, ta płyta jest TYLKO świetna! No nie może być! Od tajemniczych dźwięków intra (o niewymawialnej nazwie), przez wszystkie nieklasyfikowalne utwory, aż do ostatniego, najbardziej zbliżonego do formy piosenkowej, ta płyta jest świetna. Brakuje jej jednak CZEGOŚ. Brakowało mi tego przez cały pierwszy odsłuch, kiedy bardzo chciałem się czymś zachwycić, a nie mogłem. Dopiero kolejne odsłuchy uświadomiły mi, że oczekiwałem tego zachwytu na siłę, a trafiłem po prostu na świetną płytę, tyle że bez pierwiastka geniuszu.
Opisać muzykę Finów (tak, tak, oni są z Finlandii, z tego kraju, w którym mieszka Lordi) jest niełatwo, ponieważ najlepiej nadałby się do tego język fiński. W skrócie mówiąc, jest to dzieło niezrozumiałe, tajemnicze, niedopowiedziane, lecz przez to piękne. Brzmienie utworów opiera się zazwyczaj na gitarze akustycznej lub pianinie. Często też dochodzą instrumenty elektroniczne, tworzące klimat kompozycji. Niektóre kawałki są nastawione na tworzenie nastroju, przez co zbliżają się do muzyki ambient (Ikuisuuden Maailma, On Yhä Hämärää), inne są bardziej folkowe (na przykład Vitivalkoinen), inne nostalgiczne (Kuu Lohduttaa Huolestuneita), natomiast we wszystkich Paavoharju zdążyli nakombinować dodając przeróżne efekty, czy elektroniczne smaczki. Da się wyróżnić tutaj dwa wokale: jeden damski, który występuje najczęściej i przypomina manierą trochę japońskie wokalistki (tak, wiem, dziwne skojarzenie), oraz męski, który słyszymy w dwóch bardziej energetycznych kawałkach. Z początku ten drugi mi przeszkadzał, powieważ... Powiedzmy, że nie jest wybitny. Po pewnym czasie jednak przyzwyczaiłem się do niego i usłyszałem w nim pewien urok.
Yhä hämärää to album świetny, o czym już wcześniej napisałem. Nie ma tu chybionej kompozycji, wszystkie trwają razem 40 minut, więc jest idealnie. Mi jednak brakuje tego CZEGOŚ, żebym mógł dać najwyższą ocenę. Mam jednak nadzieję, że może wy to na tej płycie znajdziecie. Gorąco polecam się wsłuchać.
(9/10)
* - czyli płyty wydane w ostatnim roku przez wykonawców, w których widzę pewien potencjał.
* - Róda zna, ale Róda zna przecież wszystko.
______________________________________________________________
Nie wiem, czy zauważyliście wcześniej, ale dziesięć recenzji mam już za sobą. Płyńmy więc dalej, do przodu, przez płyty minionej dekady.
Warto jednak pamiętać o obecnej, która się właśnie rodzi. Są dobre tendencje, miejmy więc nadzieję, że obecny show biznes upadnie i będzie lepiej się działo w mainstreamie. Halo, za trzy dni wychodzi Granda! W pięciu smakach jest już na ósmym miejscu notowania Trójki, a może być wyżej! Głosujmy więc i wspierajmy dobre tendencje.
niedziela, 12 września 2010
91. M83 – Dead Cities, Red Seas & Lost Ghosts (2003)
To będzie krótka recenzja. Muzyki nie ma co opisywać. Czasami jest tak, że żadne określenie nie może jej objąć. Wymyka się ona wszelkim określeniom, jest ponad pojęciami. Tylko położyć się na trawie i patrzeć w nieprzenikniony nieboskłon. I tyle. Więcej nie trzeba.
Prawdziwa muzyka.
Niewiele jest prawdziwej muzyki. Jest cały ogrom dobrej muzyki, ale mało jest tej wypływającej z duszy, tej która nie jest jedynie czymś ulotnym, lecz stoi jakby pomnik, jakby monument. Jest czymś, dokąd chcemy wracać, jakbyśmy zostawili tam coś cennego. Jakbyśmy mieli spotkać naszego przyjaciela, takiego, który nigdy nas nie zawiódł, który pocieszał nas, gdy tego potrzebowaliśmy. Takiego, z którym spotkania były czymś niezwykłym, nierealnym. Lecz właśnie wtedy dotykaliśmy piękna tego świata i ta nierealność okazywała się właśnie jedyną prawdą!
Rozejrzyj się wokół. We wszystkim jest piękno. We wszystkim. Nie tylko na łonie natury, ale nawet w brudzie miasta, w dymie z kominów, w tłocznym targu, w ulicznych korkach, w bezdusznych urządzeniach. Właśnie na takich grają Francuzi z M83. Prowadzą nas w podróż po pięknie. Choć ich muzyka nie ma słów, to niesie w sobie głęboką treść. Prawdziwą, niedopowiedzianą.
Gdy z tłocznej ulicy wchodzisz przez bramę do świątyni, czujesz nieprzeniknioną tajemnicę, która się w niej kryje. Czujesz, że zostawiłeś za sobą to co nieistotne, co było tylko prochem, a w ciszy spoglądasz na prawdziwą istotę swojego bytu. Stajesz się prawdziwy i patrzysz sobie w oczy. I pojmujesz, że Ty także zostałeś stworzony pięknym.
Miałem dać asekuracyjnie 9. Nie ważne. Życie obecne jest zbyt niepewne, aby bać się postawić jakąś tam ocenę.
(10/10)
Prawdziwa muzyka.
Niewiele jest prawdziwej muzyki. Jest cały ogrom dobrej muzyki, ale mało jest tej wypływającej z duszy, tej która nie jest jedynie czymś ulotnym, lecz stoi jakby pomnik, jakby monument. Jest czymś, dokąd chcemy wracać, jakbyśmy zostawili tam coś cennego. Jakbyśmy mieli spotkać naszego przyjaciela, takiego, który nigdy nas nie zawiódł, który pocieszał nas, gdy tego potrzebowaliśmy. Takiego, z którym spotkania były czymś niezwykłym, nierealnym. Lecz właśnie wtedy dotykaliśmy piękna tego świata i ta nierealność okazywała się właśnie jedyną prawdą!
Rozejrzyj się wokół. We wszystkim jest piękno. We wszystkim. Nie tylko na łonie natury, ale nawet w brudzie miasta, w dymie z kominów, w tłocznym targu, w ulicznych korkach, w bezdusznych urządzeniach. Właśnie na takich grają Francuzi z M83. Prowadzą nas w podróż po pięknie. Choć ich muzyka nie ma słów, to niesie w sobie głęboką treść. Prawdziwą, niedopowiedzianą.
Gdy z tłocznej ulicy wchodzisz przez bramę do świątyni, czujesz nieprzeniknioną tajemnicę, która się w niej kryje. Czujesz, że zostawiłeś za sobą to co nieistotne, co było tylko prochem, a w ciszy spoglądasz na prawdziwą istotę swojego bytu. Stajesz się prawdziwy i patrzysz sobie w oczy. I pojmujesz, że Ty także zostałeś stworzony pięknym.
Miałem dać asekuracyjnie 9. Nie ważne. Życie obecne jest zbyt niepewne, aby bać się postawić jakąś tam ocenę.
(10/10)
sobota, 11 września 2010
92. Herbert – Bodily Functions (2001)
Płyty tego typu nie sposób opisywać utwór po utworze. Są długie, a ich klimat nie ulega drastycznym zmianom.Opiszę więc jedynie swoje refleksje, które pojawiły się we mnie podczas słuchania.
Jazz wymieszany z elektroniką (czy może elektronika wymieszana z jazzem) to dosyć odważne posunięcie. Bo z jazzem jest tak, że większość jego obecnych przedstawicieli, jak i słuchaczy, zatrzymało się gdzieś koło Milesa Davisa, albo i wcześniej. Rozwój tego gatunku muzyki przypomina starożytny Egipt: szybki i dynamiczny rozwój za pierwszych dynastii (rozwijanie granic gatunku, mnogość odmian, takich jak: swing, bop, free, fusion), stawianie wielkich piramid z najbardziej znaną piramidą Cheopsa na czele (nagrywanie wielkich albumów z najbardziej znanym Kind of Blue na czele), a potem wielowiekowa stagnacja, niechęć do reform (a potem wiele lat bez zmian, wszelkie próby wprowadzenia nowych elementów są tłamszone przez konserwatywne środowiska jazzowe). Herbert wiedząc o tym, mimo wszystko postąpił ten krok do przodu. Nie wiem jak ta płyta została odebrana przez słuchaczy jazzu, przypuszczam, że w ogóle o niej nie wiedzieli. Większe poparcie na pewno wyrazili słuchacze elektroniki, którzy entuzjam dla świeżości mają wypisany niemalże na czole.
Z takimi nowatorskimi połączeniami jest tak, że albo porywają, albo nie da się ich słuchać, albo połączone elementy nie współgrają ze sobą, a jedynie występują obok siebie. W przypadku Herberta zaistniała moim zdaniem ta trzecia opcja. Artysta jakby nie jest zdecydowany, w którym kierunku podążyć. Utwory stricte elektroniczne (Foreign Bodies, Leave Me Now, You Saw It All) występują obok typowo jazzowych (I Know, The Last Beat, On Reflection, About This Time Each Day). Elektronika dominuje w pierwszej części płyty, zaś w drugiej znajdziemy więcej jazzu. Czasem jednak te dwa światy naprawdę wchodzą w komitywę. Najciekawiej ta współpraca tradycji z nowoczesnością objawia się bodaj w It's Only i Suddenly, w których słyszymy wygenerowany komputerowo rytm i elektroniczną przestrzeń, a do tego klasyczne instrumentarium, takie jak pianino, czy trąbka. Na uwagę zasługuje także wieńczący album The Audience, trochę bardziej energiczny od pozostałej, raczej łagodnej części płyty.
Bodily Functions nie jest na pewno arcydziełem, lecz ukazuje ciekawy kierunek, w którym może pójść muzyka. Możliwe, że to dzieło stanie się inspiracją dla rzeszy wykonawców, którzy stworzą nowatorski nurt i odświeżą skostniałą strukturę jazzu, czy niekiedy zamkniętych w elektronicznej celi komputerowców. Ze względu na pomysłowość, płyta ma duży plus. Jeśli jednak patrzeć tylko na zawartość muzyczną, jest to rzecz za długa i nie zaszkodziłoby jej wyrzucenie kilku kawałków. Przebrnąć przez całość jest trudno, choć tragedii nie ma. Wyciągam więc średnią ocen i mamy punkciki tam, w dole.
(6/10)
Jazz wymieszany z elektroniką (czy może elektronika wymieszana z jazzem) to dosyć odważne posunięcie. Bo z jazzem jest tak, że większość jego obecnych przedstawicieli, jak i słuchaczy, zatrzymało się gdzieś koło Milesa Davisa, albo i wcześniej. Rozwój tego gatunku muzyki przypomina starożytny Egipt: szybki i dynamiczny rozwój za pierwszych dynastii (rozwijanie granic gatunku, mnogość odmian, takich jak: swing, bop, free, fusion), stawianie wielkich piramid z najbardziej znaną piramidą Cheopsa na czele (nagrywanie wielkich albumów z najbardziej znanym Kind of Blue na czele), a potem wielowiekowa stagnacja, niechęć do reform (a potem wiele lat bez zmian, wszelkie próby wprowadzenia nowych elementów są tłamszone przez konserwatywne środowiska jazzowe). Herbert wiedząc o tym, mimo wszystko postąpił ten krok do przodu. Nie wiem jak ta płyta została odebrana przez słuchaczy jazzu, przypuszczam, że w ogóle o niej nie wiedzieli. Większe poparcie na pewno wyrazili słuchacze elektroniki, którzy entuzjam dla świeżości mają wypisany niemalże na czole.
Z takimi nowatorskimi połączeniami jest tak, że albo porywają, albo nie da się ich słuchać, albo połączone elementy nie współgrają ze sobą, a jedynie występują obok siebie. W przypadku Herberta zaistniała moim zdaniem ta trzecia opcja. Artysta jakby nie jest zdecydowany, w którym kierunku podążyć. Utwory stricte elektroniczne (Foreign Bodies, Leave Me Now, You Saw It All) występują obok typowo jazzowych (I Know, The Last Beat, On Reflection, About This Time Each Day). Elektronika dominuje w pierwszej części płyty, zaś w drugiej znajdziemy więcej jazzu. Czasem jednak te dwa światy naprawdę wchodzą w komitywę. Najciekawiej ta współpraca tradycji z nowoczesnością objawia się bodaj w It's Only i Suddenly, w których słyszymy wygenerowany komputerowo rytm i elektroniczną przestrzeń, a do tego klasyczne instrumentarium, takie jak pianino, czy trąbka. Na uwagę zasługuje także wieńczący album The Audience, trochę bardziej energiczny od pozostałej, raczej łagodnej części płyty.
Bodily Functions nie jest na pewno arcydziełem, lecz ukazuje ciekawy kierunek, w którym może pójść muzyka. Możliwe, że to dzieło stanie się inspiracją dla rzeszy wykonawców, którzy stworzą nowatorski nurt i odświeżą skostniałą strukturę jazzu, czy niekiedy zamkniętych w elektronicznej celi komputerowców. Ze względu na pomysłowość, płyta ma duży plus. Jeśli jednak patrzeć tylko na zawartość muzyczną, jest to rzecz za długa i nie zaszkodziłoby jej wyrzucenie kilku kawałków. Przebrnąć przez całość jest trudno, choć tragedii nie ma. Wyciągam więc średnią ocen i mamy punkciki tam, w dole.
(6/10)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




