sobota, 4 lutego 2012

HISTORIA ROCKA, rozdział I - Rock and Roll

Dobrze widzicie, to nie fatamorgana. Oto rozpoczynam długi cykl postów poświęconych szeroko pojętej muzyce rockowej. Nie sądzę, abym był w stanie objąć całe spektrum dokonań tego gatunku i zaprezentować go w sposób obiektywny i adekwatny - w końcu nie udało się to chyba nikomu. Moją ambicją jest zapoznanie Was (i przy okazji również siebie) z najważniejszymi momentami w historii tego, można chyba powiedzieć, najpopularniejszego stylu muzycznego ostatnich 57 lat. Warto wiedzieć skąd wywodzą się rytmy, które nas dzisiaj poruszają - kto je pierwszy wymyślił i zagrał. Warto poznać najdoskonalsze i najbardziej wpływowe albumy, mieć o nich pojęcie i rozszerzyć swoje muzyczne horyzonty. Oczywiście nie każda klasyka musi nas zachwycać - wiele ważnych dzieł nie przetrwało próby czasu i, choć zainspirowało wielu artystów, nie sprawia już dziś takiego wrażenia jak dawniej. Bez nich jednak nie byłoby tego, co przyszło później. Panie i Panowie - klasyka to klasyka, i klasykę trzeba znać.

Opis kolejnych etapów rozwoju rocka będzie oczywiście wybiórczy. Nie sposób wymienić choćby wszystkich najważniejszych wykonawców tego nurtu - zawsze pominie się kogoś istotnego. Postaram się jednak bezwarunkowo wspomnieć o tych artystach i płytach, których wpływ i uznanie nie podlegały przez lata dyskusji. Chciałbym też skupić się na podgatunkach, które są moją główną dziedziną zainteresowania, ponieważ o nich mogę powiedzieć najwięcej. W przypadku hard rocka, rocka progresywnego czy psychodelicznego postaram się o opis jak najpełniejszy - pojawią się wzmianki o wykonawcach szerzej nieznanych, lecz ważnych z punktu widzenia danego muzycznego światka.

Zapraszam więc do podróży przez kilkadziesiąt lat rozwoju muzyki rockowej. Mam nadzieję, że uda się nam ją zakończyć w dzień jej sześćdziesięciolecia - w roku 2014. Miłego czytania.

I.1. Rockabilly i reszta prehistorii
Przenieśmy się na początek 58 lat wstecz. Wyobraźcie sobie, że jesteście ustatkowanym obywatelem USA, a w telewizji pojawia się coś takiego:


Uwierzcie mi, że bylibyście tym o wiele bardziej zaskoczeni, niż gdyby dzisiaj zamiast "Wiadomości" wyemitowano teledysk Behemotha. Piosenka Rock Around the Clock w żywiołowym wykonaniu Billa Haley'a (jej oryginalnym wykonawcą był zespół Sonny Dae and His Knights) jest powszechnie uznawana za pierwszy nagrany utwór rock and rollowy. Została wydana na małej płytce w maju roku 1954, lecz, co zrozumiałe, nie od razu zyskała popularność. Aby zaistniała w amerykańskim przemyśle muzycznym, potrzebne było wykorzystanie jej rok później jako czołówki w filmie "The Blackboard Jungle" ("Szkolna dżungla"). Ale rock and roll (a właściwie jego pierwotna forma, czyli rockabilly) był już wtedy popularny i miał swojego króla.

Rockabilly, będące de facto uproszczonym i przyspieszonym graniem bluesa, zostało rozpowszechnione przez jedną z najważniejszych postaci w historii światowej muzyki rozrywkowej. Mowa oczywiście o Elvisie Presley'u. Trudno znaleźć kogoś, kto nie słyszał o tym panu. Zaskakujący jest jednak fakt, że nasze pokolenie wykazuje brak choćby fragmentarycznej znajomości jego twórczości. Czy powodem jest niemodny już dziś sposób śpiewania? Lalusiowaty image? Zaraz, zaraz, przecież Presley był jednym z największych buntowników swoich czasów! Jego wizerunek i zachowanie uchodziły w tamtych czasach za ekstrawaganckie, a wręcz nieprzyzwoite. Wystarczy wspomnieć występ w telewizyjnej audycji Miltona Berle'a, gdzie jego kontrowersyjne ruchy biodrami wywołały skandal.

Warto w tym momencie nadmienić, że termin "rock and roll" wywodzi się z bluesowego slangu i oznacza po prostu akt seksualny. W odniesieniu do nowopowstałego gatunku muzyki, jako pierwsi zaczęli go używać dziennikarze promując czarnoskórych, rhythm and bluesowych wykonawców wśród białej publiczności. To właśnie z takiego grania wywodzi się interesujący nas nurt. Na rock and roll wpływ miały również: muzyka country (to z jej słuchaczy wywodziło się wielu jego późniejszych entuzjastów), a także boogie i pośrednio jazz. Przełomowym momentem było spopularyzowanie prostej, lecz żywiołowej gry na gitarze elektrycznej, którą możemy usłyszeć w pierwszych piosenkach naszego Elvisa. Czegoś takiego przed 1954 rokiem jeszcze nie było. Do tego dochodziły młodzieńcze, oddające ducha czasu teksty oraz frywolne, buntownicze zachowanie. Nic dziwnego, że nasz bohater stał się idolem ówczesnych nastolatków. Wraz z nim oliwy do ognia dołożyli Carl Perkins oraz Jerry Lee Lewis - pierwszy prawdziwy rockowy skandalista (ożenił się ze swoją 13-letnią kuzynką). Ikoną tamtych czasów pozostaje jednak Presley. Dlaczego? W 1956 roku wydał pierwszą z płyt, które nazywamy dzisiaj "klasykami".

Elvis Presley - Elvis Presley (1956)
W tamtych czasach nie mówiono o albumach jako o dziełach sztuki. Traktowano je raczej jako zbiór kilkunastu piosenek, w żaden sposób ze sobą niepowiązanych. Często była to po prostu kompilacja singli nagranych w danym okresie przez artystę. Podobnie było z debiutanckim krążkiem Króla Rock'N'Rolla. Mimo to, okazał się on ponadczasowy i nawet dzisiaj brzmi zaskakująco korzystnie. Oczywiście jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia - nie spodziewajmy się wyważonej studyjnej obróbki po pozycji sprzed ponad pięćdziesięciu lat. Album uchwycił jednak doskonale klimat swojej epoki i stał się najlepszym świadectwem chwili, gdy rodziła się muzyka rockowa. Usłyszymy tu pełne energii piosenki takie jak I Got a Woman czy One-Sided Love Affair, a przede wszystkim ponadczasowy Blue Suede Shoes, który słyszał chyba każdy, kto kiedykolwiek włączył radio. Mamy tu też sporo miłosnych ballad będących znakiem rozpoznawczym Presley'a. Nastrojowa, okraszona pogwizdywaniem I Love You Because, a także wykrzyczana Tryin' to Get to You wprowadzają do krążka nieco nostalgii.

Jeśli chcemy zapoznać się z pierwotnymi czasami rock and rolla, debiut Elvisa to najlepszy wybór na początek. Dla zachęty, zapraszam do wysłuchania tego klasycznego kawałka (skomponowanego i wykonywanego wcześniej przez Carla Perkinsa):

Fats Domino - This Is Fats (1956)
Rok 1956 to też data wydania słynnego albumu jednego z najpopularniejszych piosenkarzy rhythm and bluesowych lat 50. - This Is Fats Fatsa Domino. Ten przemiły, czarnoskóry wokalista zaserwował na nim całą masę chwytających piosenek opartych na fortepianie, które zainspirowały główny nurt muzyki popularnej w następnej dekadzie, włączając w to The Beatles. Ten autoironiczny artysta był również protoplastą rock and rolla - jego debiutancki utwór z 1949 roku zatytułowany The Fat Man stanowił wzorzec dla wielu późniejszych wykonawców grających ten gatunek. Dzisiaj jednak najbardziej cenimy go za przepiękną balladę Blueberry Hill, która ukazała się na This Is Fats, a której skomplikowany proces nagrywania (wiele podejść, zapominanie przez Fatsa tekstu, sklejanie ścieżek) obrósł legendą.

W połowie lat 50., kiedy rodził się rock and roll, zadebiutowali niesamowicie kreatywni, czarnoskórzy wykonawcy. Ich działalność stanowiła swoisty przełom i to nie tylko na tle muzycznym. Ale o tym w następnym artykule.


Główne źródła informacji:
T. Rusinek, Historia muzyki na świecie. [Online]. Protokół dostępu [cop. 2001].
1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej, pod. red. R. Dimery'ego, tłum. M. Bugajska, J. Topolska, J. Wiśniowski, [cop. 2005].

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Rok 2007: lektury obowiązkowe

Apogeum. Bardzo wyraziste płyty, choć niekoniecznie takie znowu świetne. Nie wiem, co o tym sądzą krytycy, ale moim zdaniem w 2007 roku doszło do pewnego przesilenia. Dekada rozwarła się w całej okazałości ukazując swoje sprzeczności, eklektyzm, przesadę i bogactwo. Czy mam rację - oceńcie sami zagłębiając się w te albumy.

Bon Iver - For Emma, Forever Ago (Jagjaguwar)
Potrzebna była taka płyta. W dobie współczesnych, masywnych dźwiękowo produkcji, od których można niekiedy nabawić się bólu głowy, ta szczera płyta była ukojeniem dla skołatanych zmysłów. Autentyczność przekazu słownego jak i muzycznego wydaje się w tym przypadku niezaprzeczalna. Justin Vernon (bo to on stoi za całością projektu Bon Iver) zamknął się na kilka miesięcy w domku na odludziu, aby poukładać sobie życie na nowo. Skomponował przy okazji dziewięć uroczych piosenek na akustyku i opatrzył je tekstami o swej dawnej, utraconej (przed wiekami!) miłości do Emmy. Nagrał to wszystko na staroświeckim, analogowym sprzęcie z użyciem jedynie swojego głosu, gitary i bębnów (w trzech utworach). Następnie powrócił do cywilizacji i wydał tę płytę samodzielnie. Rzecz zrobiła furorę wśród sieciowych wrażliwców i dopiero po roku została oficjalnie wypuszczona na rynek przez większą wytwórnię.
Sam album, bez tej całej uczuciowej otoczki, jest zdecydowanie godzien uwagi. Zamieszczone tu ballady ujmują swoim urokiem, melodyjnością i prostotą aranżacji. Wiele zawdzięczają wyjątkowemu, ciepłemu głosowi Vernona, a także sposobie nagrania. Słuchając płyty niemalże czujemy atmosferę małej, drewnianej chatki i podwieczorka przy kominku! For Emma, Forever Ago to dobry sposób na wyciszenie się i odgrodzenie od zgiełku świata, nawet mimo małego zróżnicowania piosenek. A może dzięki temu właśnie.

Panda Bear - Person Pitch (Paw Tracks)
Panda. Panda Bear. Panda Bear zainspirowany. Panda Bear zainspirowany Beach. Panda Bear zainspirowany Beach Boys'ami. Panda Bear zainspirowany Beach Boys'ami nagrał. Panda Bear zainspirowany Beach Boys'ami nagrał płytę. Panda Bear zainspirowany Beach Boys'ami nagrał płytę z zapętleniami.
To na górze to oczywiście impresjonistyczny zapis uczuć po pierwszym przesłuchaniu tej płyty. Jest to spore uproszczenie, jednakże właśnie na takim pomyśle członek Animal Collective oparł swoje dzieło. Wszystko jest tu zapętlone, a najczęściej chórki a la Beach Boys, które znajdziemy praktycznie w każdym kawałku. Wszystkie nagrał sam Panda Bear, rzecz jasna. Ażeby nie było nudno, muzyk postarał się o całe mnóśtwo aranżacyjnych smaczków, które można by odkrywać i odkrywać. Może właśnie po to powstał ten album? Odkrywaniu coraz to nowych ciekawostek sprzyja przecież zapętlenie motywów - nie trzeba bowiem zastanawiać się nad treścią muzyczną.
Ba, nawet nad treścią słowną nie trzeba się zastanawiać, bo jest praktycznie w całości niezrozumiała (kawałek bambusa dla tego, kto odczyta wszystkie te zapętlone liryki ze słuchu). Trzeba jednak przyznać, że pomysł jest bezkompromisowy i oryginalny. Odkryć wszystkich zamieszczonych tu smaczków chyba się nie da, trzeba więc albo dać sobie spokój albo uznać album za genialny.

Rihanna - Good Girl Gone Bad (Def Jam)
Muzykę łączono już z wieloma "rzeczami". Starożytni łączyli ją z poezją i epiką. Muzyka doczekała się odmiany tanecznej i teatralnej (czyt. operowej), została wykorzystana także do podboju USA (The Beatles), jako podkład dźwiękowy do Gwiezdnych Wojen i innych filmów. Później zaczęto tworzyć filmy na potrzeby muzyki (czyt. teledyski). Następnie pomysł ten rozwinięto i powstało coś na kształt muzycznej erotyki. Konwencja ta upowszechniła się w dekadzie zerowej, kiedy to zauważono jej komercyjny potencjał, a zaczęła całkowicie dominować gdzieś po roku 2007. Robiła się wtedy coraz bardziej prostolinijna i wulgarna, a przy okazji przestała szokować ze względu na swą wszechobecność.
W powyższych tezach jest, rzecz jasna, nieco przesady, jednakże tytuł tej płyty mobilizuje do jasnego postawienia sprawy: "good girl gone bad" oznacza w tym przypadku "dobra dziewczynka postanowiła zarobić". Pomogli jej w tym producenci, którzy postarali się o kilka chwytliwych singli i kilka WYPEŁNIACZY. Pomogli jej specjaliści od wizerunku, reżyserzy teledysków oraz cały sztab marketingowy. Muzyka pełni tutaj drugoplanową rolę, jest nagrana momentami wręcz ascetycznie i próżno szukać tu takich aranżacji jak na Loose lub FutureSex/LoveSounds.
Cóż, Rihanna (w domyśle: jej menadżerowie) nie wymyśliła nic nowego. Podobna konwencja istniała już od dawna, lecz gdzieś od 2007 przeważyła nad wszelkimi innymi i panuje do dziś. Pytanie tylko, jak długo pozwolimy na wpychanie sobie do głowy waty - chyba chcemy słuchać muzyki, prawda?

LCD Soundsystem - Sound of Silver (DFA/Capitol)
Dekada zerowa była czasem, kiedy punk coraz mniej przypominał punk. Hasła takie jak "Punk's Not Dead" świadczyły tylko o dogorywaniu głównego nurtu tegoż gatunku rocka, który przestał być wierny anarchistycznym ideałom, a zbratał się z popem, rockiem stadionowym i znienawidzoną progresją. Doszło do tego, że taki LCD Soundsystem otrzymał etykietę zespołu dance-punkowego, choć rdzennego punku nie przypomina ani trochę.
Przyznać trzeba, że muzyka Nowojorczyków rzeczywiście rwie na parkiet. Sound of Silver nie jest jednak zwykła płytą taneczną. Można jej słuchać z powodzeniem także w domowym zaciszu, podczas podróży czy gdziekolwiek indziej. Muzycy postarali się bowiem o interesujące aranżacje z wykorzystaniem pianina, elektroniki i punkowych gitar, które na długo zostają w pamięci. Nie stawiali sobie ograniczeń: utwory trwają niekiedy po osiem minut.
Znajdziemy tu odwołania do syntetycznego klimatu lat 80. (utwór tytułowy), muzyki typowo elektronicznej (Get Innocous!), garage rock revivalu (All My Friends), a nawet funku (Us V Them). Jest tu też nostalgiczna ballada New York, I Love You, But You're Bringing Me Down, która wydaje się być idealnym zwieńczeniem tego różnorodnego albumu, a może i całego istnienia punku.

Radiohead - In Rainbows (-)
Największą sensacją związaną z tym albumem nie była jego jakość, ani zmiana stylu Radiogłowych, ani żadne nowatorstwo, ale właśnie ta pauza w miejscu wytwórni. Wszystkim zaznajomionym z tematem wiadomo, że giganci rocka alternatywnego nie czekając, aż materiał wycieknie do sieci, sami wrzucili całą płytę do ściągnięcia ze swojej strony (za darmo lub za opłatą według własnego uznania). Skutków tego przedsięwzięcia nie sposób dziś jeszcze ocenić, natomiast nie ulega wątpliwości, iż było to wydarzenie wyjątkowe. Możliwe, że zapoczątkuje ono zupełnie nową erę słuchania muzyki, w której płyty kompaktowe zupełnie stracą na znaczeniu. Możliwe, że okaże się jedynie incydentem, o którym nikt nie będzie za dziesięć lat pamiętał.
Trzeba to zaznaczyć - nie każdy mógł pozwolić sobie na taki ruch. Radiohead jest bowiem jednym z niewielu obecnych wielkich zespołów, którego kolejne albumy przyjmowane są z niegasnącym entuzjazmem. Swoją renomę zawdzięcza przede wszystkim muzyce, ale też temu, że za każdym razem potrafi zaskoczyć. Tym razem panowie Abingdonu rzeczywiście namieszali, bardziej jednak sposobem dystrybucji, niż samym albumem. Piosenki na nim zawarte to typowy Radiohead na wysokim poziomie, bez fajerwerków, ale też bez słabych punktów. To Radiohead jaki kochamy i jakiego lubimy słuchać. To Radiohead, który uwielbiamy bez względu na to, że uwielbiają go wszyscy. Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Może z powodu braku innych wielkich zespołów w dzisiejszych czasach?

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Rok 2006: lektury obowiązkowe

Był to czas wyrazistych wydarzeń muzycznych. Lwia część z nich, należąca do tak zwanej "popowej rewolucji" roku 2006 (jak określili ją niektórzy dziennikarze), to propozycje kojarzące się z powszechnym zepsuciem muzyki, "papką" dla mas, nieambitnym chłamem, perfidną "komerchą" itd. Czy słusznie? Postaram się na to pytanie odpowiedzieć.

Przy okazji, rok 2006 był też rokiem Arktycznej Małpy.

Arctic Monkeys - Whatever People Say I Am, That's What I'm Not (Domino)
Wymienianie tytułów jakimi ta płyta została obdarzona w momencie wydania jest w tym przypadku raczej nie na miejscu. Był to bowiem specyficzny czas, w którym nie dało się rzeczy ocenić obiektywnie, a jedynie przez pryzmat własnych skojarzeń czy odczuć.
Nie sposób ominąć faktu, że zespół ten stał się głosem pokolenia prawie wszystkich nastoletnich Anglików. Dla nich Alex Turner był wieszczem, poetą, wyrazicielem ich myśli, Jimem Morrisonem dzieci indie. Wtedy nie było ważne na ile ich ulubiony zespół zrzynał z The Strokes, na ile z The Kinks, a na ile sam się wymyślił. Liczył się tamten moment, tamta chwila, kiedy młodzi ludzie śpiewali młodym ludziom o problemach młodych ludzi. A że muzycznie ten album nie był żadnym novum? To się nie liczyło - Whatever People Say I Am, That's What I'm Not był wystarczająco dobry, aby stać się lekturą obowiązkową każdego młodego adepta muzyki rockowej i nie tylko.
Czy debiut Arctic Monkeys był rzeczywiście najlepszym debiutem od czasu Definitely Maybe, jak obwieścili swego czasu dziennikarze? Na to pytanie możemy odpowiedzieć sobie sami, o ile słyszeliśmy ich późniejsze płyty.

Joanna Newsom - Ys (Drag City)
Dekada zerowa była czasem tagów. Te krótkie określenia stylu czy charakteru muzyki, szczególnie spopularyzowane przez portal last.fm, stały się punktem odniesienia w dyskusji na temat jakiegokolwiek wykonawcy. Kiedy przypięło się już komuś taką "łatkę", można było oceniać, podziwiać, krytykować i mieć w ogóle jakieś zdanie. Oczywiście ludzie od zawsze lubili klasyfikować. I od zawsze mieli problemy z takimi artystami jak Joanna Newsom.
Najczęściej przyklejanym do niej tagiem był tak zwany freak folk. Ta urocza harfistka stworzyła jednak dzieło daleko wykraczające poza ramy gatunku. Zacznę od tego, że harfa to raczej nie jest instrument ludowy. Kompozycje z tego wyjątkowego albumu nabierają dzięki niej posmaku pieśni antycznych aojdów, a może nawet elfickich pieśniarzy (oba porównania są odległe, a jednak w jakiś sposób bliskie współczesnemu odbiorcy, nieprawdaż?). Dodatkowo mamy tu orkiestrowe, klasyczne aranżacje, a na tle tego wszystkiego wysoce oryginalny i nieco dziecinny głos głównej bohaterki przedstawienia. I wreszcie kompozycja piosenek: otwarta i swobodna muzyczna opowieść, której nie da zamknąć się w czterech minutach. Niemalże jak u Boba Dylana.
I jakim to tagiem określić ten album? Proponowałbym tylko jeden - "Joanna Newsom".

Justin Timberlake - FutureSex/LoveSounds (Jive)
Moment, w którym słuchanie współczesnego popu rzekomo przestało być obciachem, jest wielokrotnie utożsamiany z pojawieniem się tego albumu, tego właśnie artysty. Czy rzeczywiście tak się stało - to temat na odrębną dyskusję. Przyznać jednak trzeba, że jak na tego typu produkcję, FutureSex/LoveSounds jest płytą zdecydowanie ambitną, a przynajmniej ambitną muzycznie.
Głównymi producentami albumu byli w tym przypadku Timbaland i Danja, na szczycie swojej popularności i kreatywności. Począwszy od piosenki tytułowej (mającej w sobie coś z Another One Bites the Dust), przez dwa największe hity (Sexyback i My Love) i bogate aranżacyjnie What Goes Around... Comes Around (Interlude), a na wyciszonych Until The End of Time i Losing My Way kończąc, płyta nie traci nowoczesnego, tanecznego charakteru. Wyjątkowo dużo dzieje się tam w sferze instrumentalnej. Są tu smyczki, gitary, basy, beaty, wokalizy, chórki, rapowane zwrotki, czy też klimatyczne, muzyczne przerywniki. W zdziwienie mogą wprawić dwa odmienne od reszty utwory. Funkowy Damn Girl, wyprodukowany przez Jawbreakers, przywodzi na myśl dokonania Jamesa Browna (perkusja!). Z kolei ballada All Over Again (Another Song), którą zajął się Rick Rubin, poraża prostotą i pięknością swej melodii.
Otrzymujemy zatem album różnorodny, pełen smaczków, doskonale wykonany, nagrany i skomponowany (przez samego artystę, a to w popie rzadkość). Czy zatem słuchanie popu przestało być śmieszne? Chyba nie, natomiast ja nie będę śmiał się z żadnego słuchacza tegoż albumu.

Muse - Black Holes and Revelations (Helium 3, Atco)
O ile Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band pozwolił wejść muzyce rockowej na salony, to czwarty album Muse zapewnił jej miejsce na dyskotekowych parkietach. Dodam, że uczynił to zarówno bez utraty jakości, jak i ambicji. Doskonałym tego przykładem jest otwierający płytę Take a Bow: progresywnie się rozwijający, z patetycznymi wokalizami a la Queen, a jednak taneczny, jeśli chodzi o aranżację. Podobnie jest z trzema następnymi utworami: niesamowicie melodyjnym Starlight, względnie ciężkim Supermassive Black Hole i depeszowym Map of Problematique. Muse jednak nie poprzestali na łączeniu art rocka z muzyką taneczną. Na BH&R zaserwowali jeszcze dwie kojące ballady (Soldier's Poem i Invincible), niemalże metalowy Assasin, niepoprawny politycznie Exo-Politics, oraz trzy utwory z domieszką hiszpańskiej i włoskiej muzyki. Wśród nich znalazł się Knights of Cydonia z jednym z najlepszych riffów dekady zerowej.
We wszystkich tych utworach panowie z Muse utrzymali formę, nie zdradzili swoich ambicji, ani ideałów, ani też nie odbiegli od przystępności swej muzyki (wnioskuję z ilości sprzedanych egzemplarzy płyty).
Mówi się, że Black Holes and Revelations to najmniej progresywny album tej grupy. Ja twierdzę, że jest właśnie najbardziej progresywny, ponieważ przełamał najwięcej stereotypów i muzycznych barier.

Nelly Furtado - Loose (Geffen, Mosley)
Wraz z Justinem Timberlake'iem, Nelly Furtado jest uznawana za symbol popowej rewolucji roku 2006. Trudno się z tym nie zgodzić. Piosenki takie jak Maneater czy Promiscious oblegały wtedy listy przebojów przez wiele tygodni, a album sprzedawał się jak ciepłe bułeczki. I chociaż podobnym sukcesem mogłoby się pochwalić parę tuzinów innych gwiazdek pop, to przypadek tej kanadyjskiej wokalistki jest na swój sposób wyjątkowy.
Nelly zaczęła swoją karierę od akustycznych balladek, takich jak I'm Like a Bird. Nie jest jedną z wymyślonych przez showbiznes lalek, ale artystką, która sama komponuje sobie piosenki. Tym dziwniejsze było nagranie przez nią albumu w odmiennej, dyskotekowej stylistyce oraz zdanie się na innych w kwestii kompozycji utworów. Zajął się nią sam Timbaland (jak już wspomniałem, na szczycie popularności), zupełnie odmienił jej wizerunek, styl i docelowych odbiorców; dołożył też wokal w Promiscious, a także swoje "e" w Say It Right. Pomyślelibyśmy - Nelly sprzedała się. I pewnie tak się stało. Tym bardziej zaskakujący jest fakt, że Loose to po prostu dobry album. Ba, miejscami wręcz ambitny: mroczny i mocny Maneater, In God's Hands z przesłaniem (nawiasem mówiąc, nieco podobny do Iris Goo Goo Dolls), czy też All Good Things (Come to an End) napisany przez Chrisa Martina, to piosenki, których nie znajdziemy na pierwszym lepszym popowym albumie. Może gdyby nie ciężkostrawne utwory z domieszką muzyki latynoskiej (ze wszystkimi wadami tej stylistyki), byłby to nawet album bez słabego punktu?
Tak, czy inaczej, Loose to płyta godna umieszczenia na liście lektur obowiązkowych ostatniej dekady. Trudno o lepszy przykład gwałtownej zmiany stylu i wizerunku z zadowalającym efektem końcowym.

środa, 27 lipca 2011

Rok 2005: lektury obowiązkowe

W niniejszym zestawieniu rok 2005 jawi się jako wysoce różnorodny. Każda wymieniona tu płyta wprowadza nas w zupełnie inny muzyczny świat. Jaki? Przekonajcie się sami i posłuchajcie.

Bloc Party - Silent Alarm (Wichita)
Sezonowych zajawek ciąg dalszy. Bloc Party - zespół, który zawdzięczał swą sławę szumowi wokół Franza Ferdinanda, okazał się na debiucie grupą ambitniejszą od kumpli po fachu, acz również wykorzystującą panujące w muzyce trendy. Trzeba zaznaczyć, że Silent Alarm to rzecz niemal zupełnie inna od wesołego i przyjemnego albumu Franz Ferdinand, wydanego dokładnie rok wcześniej. Znajdziemy tu co prawda popularne gitarowe patenty grane na lekkich przesterach z mnóstwem górnych tonów, lecz nadają one tutejszym kompozycjom raczej nostalgicznego klimatu. Gitarzyści po prostu wiedzą, co grają. Dowodem wyższych aspiracji zespołu może być na przykład końcowe solo w She's Hearing Voices, wyjątkowe jak na indie kapelę lat zerowych. Ciekawostką jest barwa głosu czarnoskórego wokalisty - Kele Okereke, niemal identyczna z barwą Damona Albarna (Blur).
Bloc Party swym debiutem wyznaczyli nową ścieżkę, którą miało później podążyć wiele innych zespołów: pokazali, jak z niezal-rocka stworzyć sztukę. Niestety, po Silent Alarm słuch o nich niemal zaginął, a następne płyty nie zyskały już takiej przychylności fanów ani krytyków.

Sufjan Stevens - Illinois (Asthmatic Kitty)
Dekada zerowa to czas nieporozumień. Naprawdę nie jestem i nigdy nie będę od niej specjalistą - nie wiem gdzie znajduje się granica między nowoczesnym nawiązaniem a retro-stylizacją, nie wiem gdzie kończy się melancholia, a zaczyna się zwykłe nudziarstwo, nie mam pojęcia, czym różni się obfitość od przesytu. Nieporozumienia, nieporozumienia...
Sufjan Stevens to abstrakcjonistyczny rekordzista Guinessa. Wydał ostatnio pięćdziesiąt albumów, po jednym na każdy stan USA - jako drugi został wydany hołd dla Illinois (czy jak woli artysta - "Illinoise"). Póki co , jest on uznawany za najbardziej wartościowe dzieło cyklu, ponieważ pozostałych nikt jeszcze nie zdążył przesłuchać. Znajduje się na nim wszystko. Prócz folku, folk rocka, folk rocka a la Nick Drake, indie rocka, niezależnej melancholii, alternatywnej orkiestracji, znajdziemy tu też zaśpiewy chóru i partie ponad dwudziestu różnych instrumentów, na których gra pan Sufjan. Dostajemy do naszych rąk 75-minutową opowieść, pełną pomysłów (mogących zapełnić następne 50 albumów), podaną w amerykańskiej postaci hamburgera XXL.
I żeby nie było nieporozumień - tylko ta wzmianka o wydaniu 50 albumów jest nieprawdziwa.

Gorillaz - Demon Days (Parlophone)
Gorillaz to zespół na miarę XXI wieku. Wszystko w nim jest wirtualne, włączając w to samych członków. Właściwie tylko jego muzyka istnieje na płaszczyźnie rzeczywistej, a ta jest również nowoczesna, elektroniczna; momentami gitarowa, czasem ze wstawkami rapowanymi.
Pamiętam jeszcze, jak sześć lat temu, jako zagorzały przeciwnik hip-hopu, usłyszałem w Roxy.fm singiel Feel Good Inc.. Pomyślałem wtedy, że ten flow oraz "cała ta gadanina" wcale nie są takie głupie. Czasy się zmieniły, muzyka się zmieniła, rap stracił na popularności, rock stracił na popularności i oba gatunki się do siebie zbliżyły. Oczywiście nie była to zasługa Gorillaz, a raczej działań Run DMC i innych Besie Boysów w latach 80. Ten swoisty "sojusz" sprawił jednak, że takie Demon Days z naleciałościami rocka i rapu nikogo już nie dziwiło. Dziwić mógł fakt, że coś takiego stworzył Damon Albarn - legenda britpopu.
No cóż, taka to była dekada.

Wolfmother - Wolfmother (Modular)
"No, w końcu jakaś dobra muzyka" - tak powiedział Pan Maciej Orłoś podczas przerwy w konkursie Eurowizji, kiedy organizatorzy posłużyli się jakimś nagraniem z lat 70./80. Tak też zareagowało wielu przy pierwszym odsłuchaniu hitowego Woman pochodzącego z tej płyty. Ten utwór, bez ogródek odwołujący się do klasyki hard rocka, zapewnił grupie zupełnie nieoczekiwaną światową popularność. Rzecz jasna, w ostatniej dekadzie było sporo takiego retro-grania, ale debiut Wolfmother różnił się od pozostałych tego rodzaju pozycji tym, że był po prostu dobry. Właściwie trudno powiedzieć, czy młodzi gitarzyści nie uczyliby się dzisiaj riffu z Woman obok tego ze Smoke on the Water, gdyby omawiany album nie powstał w 2005 roku, ale na początku lat siedemdziesiątych.
Ta płyta brzmi tak, jakby Tommy Iommi, Jon Lord, Bill Ward i jakiś naćpany wokalista z wysokim głosem zapragnęli pograć razem cięższą odmianę indie rocka. W tym przypadku to nieistotne, że nie odkryli niczego nowego - po prostu nagrali dobrą płytę, która przypomniała współczesnym, że kiedyś ludzie potrafili grać na gitarach.

Madonna - Confessions on a Dancefloor (Warner Bros.)
W dobie zwiększonego zainteresowania klimatem lat 80., Madonna nie musiała się specjalnie wysilać, aby dopasować swoją muzykę do nowych czasów. Oczywiście jest to spore uproszczenie, bo bezpośrednich nawiązań do starszych nagrań królowej popu jest tu raczej niewiele. Płyta jest zrobiona na nowoczesną modłę, z typową syntetyczną perkusją, z tanecznymi beatami - pod tym względem Confessions on a Dancefloor spełniło wymogi współczesnej popowej produkcji. Pod innymi jednak, zostawiło konkurencję daleko w tyle.
Po pierwsze, poziom kompozycji jest tu wyjątkowo dobry, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę klasę takiej artystki jak Madonna. Cztery single z tego albumu na stałe pozostają w pamięci; mają absolutnie melodyjne i chwytliwe refreny, których próżno szukać w "hitach" większości współczesnych gwiazdeczek. Po drugie, mimo że piosenki są stylistycznie do siebie podobne, każda jest pomysłowo wzbogacona; czy to melorecytacją (Sorry), czy jakimiś instrumentalno-wokalnym pasażami (Isaac). Po trzecie, album jest przemyślany jako całość, między utworami nie ma przerw, wszystkie są jedną, prawie godzinną imprezą.
Po czwarte, królowa popu jest przecież tylko jedna.

niedziela, 24 lipca 2011

Rok 2004: lektury obowiązkowe

Na dłuższą metę takie zestawienie potrafi zmęczyć. Nie ukrywam - cotygodniowe wstawianie pięciu recenzji przerosło moje siły, stąd też ta ponad miesięczna przerwa. Skoro jednak zacząłem, postanowiłem swoje "dzieło" skończyć. Przedstawiam więc pięć esencjonalnych albumów 2004 roku z krótszymi opisami niż zazwyczaj.

Arcade Fire - Funeral (Merge, Rough Trade)
Kolejnym znakiem czasu ostatnich dziesięciu lat były tzw. "chwilowe zajawki". Pod natłokiem całego mnóstwa średnich i miałkich płyt, każdą, ledwie dobrą pozycję potrafiono obwieścić arcydziełem. Nie oszukujmy się, w ostatniej dekadzie niewiele było naprawdę intrygujących rockowych pozycji, dlatego też debiut Kanadyjczyków zapewnił grupie ogólnoświatową sławę jako giganta muzyki niezależnej.
Temat może niezbyt oryginalny (śmierć), został tu ubrany w sposób odpowiedni dla czasów indie rocka. Gitarowe aranżacje wzbogacone zostały tu jednak o instrumenty smyczkowe, które nadały kompozycjom podniosły nastrój. Płyta była przez pewien czas skarbnicą wzruszeń dla współczesnych melomanów. Niedługi czas.
Z perspektywy siedmiu lat album stracił na wartości. Łatwo zauważyć, że momentami Arcade Fire przedobrzyli, ściana dźwięku wypełniona jest tu po brzegi, klaustrofobiczna, bez przestrzeni. Muzyka przytłacza, podobnie jak monotonny, mimo wszystko, wokal. Nie jestem pewien czy w przyszłości ten album będzie uznawany za klasykę, tak jak uznano go w momencie wydania.

Junior Boys - Last Exit (Domino, KIN)
W dekadzie zerowej popularne były nawiązania do synth popu z lat 80. Możemy je dostrzec również na debiucie tego duetu. Mnóstwo tu typowych dla tamtych czasów minimalistycznych aranżacji i syntezatorowych barw.
Lecz nie tylko na synth popie debiut Junior Boys stoi. Panowie z Hamiltonu cenieni są przede wszystkim za kompozycje z subtelnymi melodiami i wyjątkowo uczuciowy, jak na ten rodzaj muzyki, wokal. Ta płyta stoi też w swego rodzaju opozycji do współczesnych, przeładowanych efektami produkcji. Nie ma tu niepotrzebnych, zapychających tło dźwięków - wszystko jest wyważone i przemyślane. Dlatego ta płyta to rzecz tak wyjątkowa. I chociaż zdecydowanie nie jest to moja muzyczna bajka, jedyne, co mógłbym jej zarzucić, to długość niektórych kompozycji. Przez to album jest o osiem minut za długi...

The Killers - Hot Fuss (Lizard King/Mercury/Vertigo)
The Killers to taka typowa dla lat 00. kapela. Bez silenia się na zmienianie świata, Anglii, muzyki czy czegokolwiek. Właściwie jedyne, co różniło ich na etapie Hot Fuss od pozostałych podobnych zespołów, to dobre melodie, których na tej płycie aż nadto. I nie mówię tylko o singlach.
Czy było coś oryginalnego w indie rocku z syntezatorem? Raczej nie. Czy wokal Brandona Flowersa jest wybitny? Raczej nie. Czy słuchał ich cały świat? ...?
Przyznaję, że też ich słuchałem, zacząłem jakoś w 2006 roku od płyty Sam's Town. I niech mi ktoś powie, że oni słabe melodie wymyślają! Nawet późniejszy Human to też kawałek pełen trafnych dźwięków, których sklecić byle kto by nie potrafił. Może przesadzili tylko z tym kożuchem. Nie ma co, potrzebna nam była taka kapela. Przynajmniej potrafili podejść z dystansem do tego, co tworzyli:

It's Indie rock'n'roll for me,
It's all I need,
It's Indie rock'n'roll for me.


Kelly Clarkson - Breakaway (RCA)
Kelly Clarkson nie była ikoną popu ostatniej dekady. Wpisała się niestety w przykład typowej kariery typowej współczesnej piosenkarki: wygrała popularny talent show (w tym przypadku amerykańską edycję Idola), nagrała płytę, która zapewniła jej światową popularność, po czym wszyscy o niej zapomnieli, podobnie jak o piosenkach, które zaśpiewała. Nieprawda? A gdzie ostatnio wyczytaliście jej nazwisko zanim weszliście na tego bloga? Kto słyszał jej ostatniego singla? No właśnie.
Wspominam o Kelly dlatego, że jej przypadek wydał mi się dość jaskrawy. Z wszystkich podobnych jej gwiazdeczek zrobiła bodaj największą karierę i miała największe możliwości wokalne. Z płyty Breakaway pochodziły trzy międzynarodowe hity, które w swoim czasie naprawdę zrobiły furorę. W utrzymaniu popularności przeszkodził jej chyba brak skandali i podobnych chwytliwych numerów. A szkoda dziewczyny, bo naprawdę potrafi śpiewać.

Green Day - American Idiot (Reprise)
To zabawne, że zespół, który zaczynał na początku lat 90. mógł stać się głosem współczesnego młodego pokolenia. Sukces Amerykańskiego Idioty przeszedł wszelkie oczekiwania; młodzież na całym świecie, nie znając żadnego tam Dookiego, szalała przy Wake Me Up When September Ends niczym obudzona z długiego snu. Możemy się dzisiaj śmiać z naszej ówczesnej fascynacji, ale bądź, co bądź, był to ważny album dla niedoświadczonych uszu i jako tako je ukształtował. Zerknijcie na waszą półkę z płytami. Jeśli w ogóle taką macie, American Idiot najpewniej na niej jest.
Ten concept album był swego rodzaju symbolem naszego buntu przeciw niewiadomoczemu. Niby świat dookoła był schludny, nowoczesny, pełen udogodnień, a jednak w sercu tlił się jakiś płomyk niesmaku, coś zatruwało je od środka nienawiścią. Upust naszym uczuciom dawaliśmy słuchając "płyty z granatem", odgradzając się od świata zewnętrznego na naszych przedmieściach. Czekaliśmy na wakacje chodząc po bulwarze niespełnionych snów. Niektórzy szukali pociechy w używkach, inny szukali nadzwyczajnej dziewczyny...
Mam pewien sentyment do tej płyty, podobnie jak wy. To był w końcu głos naszego pokolenia. Może poprzednie roczniki potrafiły się buntować bez tych wszystkich "fucked up!", ale ważne, że w ogóle mieliśmy jakiś głos. Tutaj pogodziły się skłócone światy, punk, pop, postbeatlesowskie melodie, progresywne suity i rock stadionowy.