poniedziałek, 26 marca 2012

HISTORIA ROCKA, rozdział I - Rock and Roll cz. 3

I.3. Uspokojenie
Po pierwszej wielkiej, rock and rollowej fali, przyszedł czas na spuszczenie z tonu. Po ekscesach i bezkompromisowym czadzie pierwszych przedstawicieli nowego nurtu, popularność zaczęli zdobywać wykonawcy spokojniejsi, bardziej ułożeni, ale przy tym także lepsi muzycznie.

The Crickets - The "Chirping" Crickets (1958)
Rzućmy okiem na okładkę. Członkom The Crickets raczej daleko do wizerunku rock and rollowych buntowników, prawda? Garniturki, krawaty - to wszystko kojarzymy raczej z mającą miejsce kilka lat później beatelmanią. I słusznie, bo spółka Lennon/McCartney wielokrotnie przyznawała się do inspiracji grupą The Crickets, nie tylko w sferze image'u.
Założony w 1955 roku przez Buddy'ego Holly'ego zespół grał z początku zwyczajne rockabilly, jednak szybko odnalazł swój własny, rozpoznawalny styl oparty na czystych partiach gitary i zespołowych harmoniach wokalnych. The Crickets wprowadzili do rock and rolla nową jakość - byli perfekcjonistami, rzetelnie dopracowywali swoje kompozycje, przykładali dużą wagę do technicznego warsztatu (co w przypadku ówczesnych artystów nie było wcale regułą), a również jako jedni z pierwszych zaczęli eksperymentować. Buddy Holly jest czasem nazywany (możliwe, że nieco na wyrost) protoplastą rocka progresywnego. Nie da się ukryć, że jego grupa wraz z albumem The "Chriping" Crickets wyznaczyła nowe standardy w muzyce rozrywkowej. Odtąd to nie krzykliwość, ale jakość miała stanowić o kondycji rock and rolla. Wystarczy posłuchać singlowego Oh Boy lub Maybe Baby - są to o wiele bardziej przemyślane i doskonalsze melodycznie piosenki, niż pierwsze hity Presley'a czy Little Richarda. Z kolei nietypową aranżację Not Fade Away można z powodzeniem uznać za prototyp eksperymentów, które Beatlesi wprowadzali do swojej muzyki w drugiej połowie lat 60.
Kariera Buddy'ego Holly'ego zakończyła się niestety jego przedwczesną śmiercią w wypadku samolotowym trzeciego lutego 1959 roku. Był to tzw. "Dzień, w którym umarła muzyka", pierwsza tak dotkliwa strata dla rocka. Wraz z Holly'm zginęli też dwaj inni pionierzy: Ritchie Valens i J. P. Richardson.

Elvis Presley - Elvis is Back! (1960)
Kiedy rock and roll był w pełni rozkwitu, jego sztandarowa postać musiała spełnić obywatelski obowiązek i pójść do wojska. Wielu wieszczyło wtedy Elvisowi koniec kariery, nowi wykonawcy pragnęli zająć jego miejsce, ale Król po dwóch latach powrócił i znów zajął należny mu tron. Słuchając jednak płyty Elvis is Back! łatwo możemy się zorientować, że w czasie jego służby wiele zdążyło się w muzyce zmienić - i zmienił się także sam Elvis.
Chociaż takie piosenki jak Dirty, Dirty Feeling czy Girl Next Door Went A-Waking wciąż brzmią podobnie do nagrań z debiutu, to cała płyta sprawia wrażenie bardziej wyrafinowanej, różnorodnej i też po prostu lżejszej. Większość materiału stanowią ballady, zazwyczaj oparte na brzmieniu pianina i wielogłosów stanowiących tło dla wyczynów wokalnych Króla Rock'N'Rolla (najlepszym przykładem Thrill of Your Love). Mamy tu również trochę bluesa (Like a Baby, Reconsider Baby) oraz nostalgiczny utwór I Will Be home Again, gdzie dużą rolę odgrywa gitara akustyczna. Czasem instrumentarium zostaje wzbogacone o saksofon (Such a Night), a czasem ograniczone do pstrykania i kontrabasu (w bodaj najlepszej i najbardziej oryginalnej piosence na albumie pt. Fever). Tylko gdzie jest gitara elektryczna? Gdzie jest rock and roll?
Rock and roll parł naprzód, stawał się coraz bardziej eklektyczny, a Elvis "wydoroślał" i zaczął przeczesywać inne muzyczne rejony. Takie "dojrzewanie" było później charakterystyczne dla wielu innych rockowych wykonawców.

Prekursorzy rock and rolla w Wielkiej Brytanii również nie grali zbyt gwałtownie, co nie oznacza, że ich muzyka nie była wartościowa. Za początek tradycji tego gatunku na Wyspach należy uznać twórczość wokalisty Cliffa Richarda i akompaniującej mu (a potem występującej oddzielnie jako kwartet instrumentalny) grupy The Shadows. Ich brzmienie charakteryzowało się, podobnie jak w przypadku The Crickets, wykwintnością i technicznym dopracowaniem. Godny uwagi jest zwłaszcza gitarzysta prowadzący - Hank Marvin, będący jednym z najbardziej wpływowych "wioślarzy" w dziejach. Jego niesamowicie melodyjny sposób grania (z wykorzystaniem przestrzennego pogłosu) był inspirujący dla tak wybitnych artystów jak Eric Clapton (m.in. Cream), David Gilmour (Pink Floyd) czy Mark Knopfler (Dire Straits)*. Z kolei John Lennon powiedział kiedyś, że przed Cliffem i The Shadows nie było w brytyjskiej muzyce niczego wartego słuchania. Wracając więc do 1960 roku, zanurzmy się w westernowym klimacie pierwszego, wielkiego przeboju "Cieni". Naprawdę warto.


Na koniec podróży po prehistorii muzyki rockowej, wypada przyjrzeć się wokaliście, trochę dzisiaj niedocenianemu, który wywarł na nią niebagatelny wpływ. Mowa o Jamesie Brownie.

James Brown - Live at the Apollo (1963)
Dlaczego niedocenianemu? Bo kto dziś mówi o Brownie jako o prekursorze rockowego śpiewania, rockowej ekspresji i rockowego krzyku? Kto zna jakąś inną jego piosenkę niż I Got You (I Feel Good)? Kto słucha jego płyt (wydał ich ponad 50)? Oczywiście Brown to przede wszystkim ojciec soulu i dziadek funku, ale przecież oba te gatunki wywodzą się z tego samego źródła, co rock - z rhythm & bluesa. I wszystkie bardzo dużo czerpią z dorobku Browna.
W czasie słuchania koncertu, który on i jego zespół zagrali w Teatrze Apollo na Harlemie czterdzieści lat temu, dosłownie opada szczęka. Od samego początku bombarduje nas sekcja dęta, a zaraz po niej zjawia się jeden z największych wokali wszechczasów. Atakują nas prosto w oczy żywiołowymi utworami I'll Go Crazy i Think, przeplatając je soulowymi Try Me, I Don't Mind oraz Lost Someone - utworem trwającym ponad dziesięć minut, pełnym wokalnych improwizacji ("I feel so good, i wanna scream!") i entuzjastycznych reakcji publiczności (zapowiedź tego, co miało się dziać później na koncertach Wielkiej Czwórki z Liverpoolu). Wszystko jest grane z piorunującą werwą. Słychać, że cały zespół, nie tylko frontman, daje z siebie wszystko i wyciska ostatnie poty.
Ten żywiołowy występ zainspirował protopunkową grupę MC5 do nagrania swojego przełomowego albumu Kick Out the Jams. James Brown spopularyzował też trend łączenia na koncertach kilku piosenek w jedną - w Medley usłyszymy osiem utworów, a między nimi największy przebój początku jego kariery pt. Please, Please, Please. I to właśnie jego proponuję teraz posłuchać:


Dobrze mieć czasem poczucie humoru.

* - Zdaję sobie sprawę, że podawane w nawiasach nazwy zespołów są dla niektórych Czytelników oczywiste, ale pamiętajmy, iż nie dla wszystkich.

Główne źródła informacji:
T. Rusinek, Historia muzyki na świecie, [Online], Protokół dostępu [cop. 2001].
1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej, pod. red. R. Dimery'ego, tłum. M. Bugajska, J. Topolska, J. Wiśniowski, [cop. 2005].

niedziela, 12 lutego 2012

HISTORIA ROCKA, rozdział I - Rock and Roll cz. 2

I.2. Afrykańska energia
Wraz z powstaniem rock and rolla zaczęła się też zmieniać mentalność Amerykanów. Biali zaczęli kupować płyty czarnych wykonawców, czarni zaczęli grać dla białych; otwierały się oczy i uszy, powstawała przestrzeń dla rasowej tolerancji. "Czarna" muzyka miała wywrzeć olbrzymi wpływ na rozwój rocka. To czarnoskórzy wymyślili bluesa i to czarnoskórzy byli później najwybitniejszymi konkurentami Presley'a. Kto wie, czy nie byli od niego lepsi - często sami komponowali, sami sobie akompaniowali i niejednokrotnie tworzyli bardziej wizjonerską sztukę niż ówczesny idol nastolatków.

Little Richard - Here's Little Richard (1957)
W przypadku tej płyty okładka mówi chyba sama za siebie - czysty żywioł. Możliwe, że jest to pierwszy, prawdziwie rock and rollowy album. Nie ma tu miejsca na chwilę wytchnienia. Kawałki następują jeden po drugim niczym kolejne salwy z karabinu. Każdy z nich niesie potężną dawkę wykrzyczanych wokaliz, zadziornych dęciaków i galopującego fortepianu.
Little Richard, kreowany na drugiego Elvisa, okazał się o wiele ambitniejszym artystą. Jego głośne i bezkompromisowe Tutti Frutti było tak dobre, że doczekało się wykonania przez samego Króla Rock'N'Rolla. Richard był też prekursorem zarówno hard rocka jak i soulu; inspirował między innymi Jamesa Browna, Boba Dylana i Michaela Jacksona, a słynna fraza "She's got it" z jego utworu o takim samym tytule była z kolei wykorzystana przez Shocking Blue w międzynarodowym przeboju Venus. Nie da się ukryć, że sposób śpiewania tego amerykańskiego muzyka wyznaczył standardy dla rockowego wrzasku na blisko pięć dziesięcioleci. Słuchając takich piosenek jak Ready Teddy czy Long Tall Sally aż dziw bierze, że nagrano je w drugiej połowie lat 50. Tak jak pisałem wcześniej - czysty żywioł.

A teraz przekonajmy się, że AC/DC i Jimi Hendrix nie wzięli się znikąd:



Chuck Berry - Chuck Berry Is on Top (1959)
Mówi się, że Chuck Berry był lepszym kompozytorem niż wykonawcą. Nie zgadzam się z tym. Wolę raczej wspierać opinię, że Chuck Berry > Chuck Norris. To on wyznaczył kierunek, w którym miała pójść muzyka gitarowa. Był prekursorem późniejszych wiosłowych gigantów, takich jak Clapton, Hendrix czy Beck. Berry był też twórcą wielu gitarowych zagrywek, które następne pokolenia powtarzały w nieskończoność. Ten album to wspaniała wizytówka pierwszych lat jego muzycznej działalności - pełnej rock and rollowej energii i przebojowości. Możemy tu usłyszeć takie klasyki jak coverowany później przez Beatlesów, a zamieszczony wyżej Roll Over Beethoven, przełomowy Maybellene i najbardziej znany Johnny B. Goode, który współczesnemu odbiorcy nieodparcie kojarzy się ze spolszczoną wersją wykonywaną przez kabaret Ani Mru Mru. Ogółem, jest to bardzo smaczny kąsek muzyki.

Bo Diddley - Go Bo Diddley (1959)
Wraz z Berry'm, gitarową rewolucję wszczynał także inny czarnoskóry muzyk - Bo Diddley. Miejsca w historii nie zapewniły mu jednak ani przeboje (których nie miał zresztą wcale tak mało), ani dynamizm kompozycji, ale wyjątkowa innowacyjność jego gry. Był jednym z pierwszych, którzy zaczęli przetwarzać dźwięk gitary elektrycznej przez wszelkiej maści efekty. Na płycie z 1959 roku, Diddley osiągnął niesamowicie oryginalne brzmienie przepuszczając swojego Gibsona przez flanger - efekt uzyskiwany przez nadawanie lekko zmodulowanego i opóźnionego sygnału na oryginalny sygnał z instrumentu (wikipedia). Najlepiej ukazuje to, jak sama nazwa wskazuje, utwór Bo's Guitar, będący w istocie gitarową solówką trwającą dwie i pół minuty. Była to ewidentna zapowiedź rocka psychodelicznego ery hipisów. Z kolei wstęp do The Clock Strikes Twelwe był inspiracją dla wielu hard rockowych riffów, między tych, które wyszły spod palców Jimmy'ego Page'a.

Ray Charles - The Genius of Ray Charles (1959)
Na koniec przyszedł czas na prawdziwego geniusza epoki. Ray Charles - wokalista, pianista i saksofonista, jest słusznie uważany za jedną z najważniejszych postaci w historii muzyki rozrywkowej. Chociaż nie nagrał zbyt wielu wybitnych albumów, jego wpływ na późniejsze gatunki jest wprost nieoceniony. Łatwiej byłoby wymienić te, których nie zainspirował, niż te, których był prekursorem. Ukształtował rhythm and bluesa, był ojcem soulu, idolem późniejszych rockmanów, odświeżył country, a sam siebie nazywał po prostu artystą rock and rollowym.
Tak wpływowy muzyk nie miał łatwego życia. Oślepł w wieku 7 lat, przez co wiele razy go oszukano. Bardzo szybko stracił też brata i rodziców. Ray zawsze występował w ciemnych okularach - siedząc za swym fortepianem wyśpiewywał piosenki z energią, ale też czułością. Jego wszechstronność doskonale obrazuje album The Genius of Ray Charles. Pierwsza połowa to żywe i głośne utwory rhythm and bluesowe, druga zaś prezentuje łagodniejszą odsłonę Charlesa - ballady wzbogacone akompaniamentem orkiestry smyczkowej. W otwierającym płytę Let the Good Times Roll możemy usłyszeć nieposkromione wokalizy, które tak bardzo będą się później kojarzyć z muzyką rockową. Lecz to nie czadem stoi ta płyta, lecz unikalnym połączeniem rozbujanego dęciakami R&B, nastrojowego jazzu i pięknych melodii.

A jako, że powoli kończymy podróż po latach 50., warto wspomnieć jeszcze o najbardziej rock and rollowej artystce tamtych czasów - Brendzie Lee. Posłuchajcie piosenki, którą wykonała w wieku dwunastu lat:



Elvis może się schować.


Główne źródła informacji:
T. Rusinek, Historia muzyki na świecie, [Online], Protokół dostępu [cop. 2001].
1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej, pod. red. R. Dimery'ego, tłum. M. Bugajska, J. Topolska, J. Wiśniowski, [cop. 2005].

sobota, 4 lutego 2012

HISTORIA ROCKA, rozdział I - Rock and Roll

Dobrze widzicie, to nie fatamorgana. Oto rozpoczynam długi cykl postów poświęconych szeroko pojętej muzyce rockowej. Nie sądzę, abym był w stanie objąć całe spektrum dokonań tego gatunku i zaprezentować go w sposób obiektywny i adekwatny - w końcu nie udało się to chyba nikomu. Moją ambicją jest zapoznanie Was (i przy okazji również siebie) z najważniejszymi momentami w historii tego, można chyba powiedzieć, najpopularniejszego stylu muzycznego ostatnich 57 lat. Warto wiedzieć skąd wywodzą się rytmy, które nas dzisiaj poruszają - kto je pierwszy wymyślił i zagrał. Warto poznać najdoskonalsze i najbardziej wpływowe albumy, mieć o nich pojęcie i rozszerzyć swoje muzyczne horyzonty. Oczywiście nie każda klasyka musi nas zachwycać - wiele ważnych dzieł nie przetrwało próby czasu i, choć zainspirowało wielu artystów, nie sprawia już dziś takiego wrażenia jak dawniej. Bez nich jednak nie byłoby tego, co przyszło później. Panie i Panowie - klasyka to klasyka, i klasykę trzeba znać.

Opis kolejnych etapów rozwoju rocka będzie oczywiście wybiórczy. Nie sposób wymienić choćby wszystkich najważniejszych wykonawców tego nurtu - zawsze pominie się kogoś istotnego. Postaram się jednak bezwarunkowo wspomnieć o tych artystach i płytach, których wpływ i uznanie nie podlegały przez lata dyskusji. Chciałbym też skupić się na podgatunkach, które są moją główną dziedziną zainteresowania, ponieważ o nich mogę powiedzieć najwięcej. W przypadku hard rocka, rocka progresywnego czy psychodelicznego postaram się o opis jak najpełniejszy - pojawią się wzmianki o wykonawcach szerzej nieznanych, lecz ważnych z punktu widzenia danego muzycznego światka.

Zapraszam więc do podróży przez kilkadziesiąt lat rozwoju muzyki rockowej. Mam nadzieję, że uda się nam ją zakończyć w dzień jej sześćdziesięciolecia - w roku 2014. Miłego czytania.

I.1. Rockabilly i reszta prehistorii
Przenieśmy się na początek 58 lat wstecz. Wyobraźcie sobie, że jesteście ustatkowanym obywatelem USA, a w telewizji pojawia się coś takiego:


Uwierzcie mi, że bylibyście tym o wiele bardziej zaskoczeni, niż gdyby dzisiaj zamiast "Wiadomości" wyemitowano teledysk Behemotha. Piosenka Rock Around the Clock w żywiołowym wykonaniu Billa Haley'a (jej oryginalnym wykonawcą był zespół Sonny Dae and His Knights) jest powszechnie uznawana za pierwszy nagrany utwór rock and rollowy. Została wydana na małej płytce w maju roku 1954, lecz, co zrozumiałe, nie od razu zyskała popularność. Aby zaistniała w amerykańskim przemyśle muzycznym, potrzebne było wykorzystanie jej rok później jako czołówki w filmie "The Blackboard Jungle" ("Szkolna dżungla"). Ale rock and roll (a właściwie jego pierwotna forma, czyli rockabilly) był już wtedy popularny i miał swojego króla.

Rockabilly, będące de facto uproszczonym i przyspieszonym graniem bluesa, zostało rozpowszechnione przez jedną z najważniejszych postaci w historii światowej muzyki rozrywkowej. Mowa oczywiście o Elvisie Presley'u. Trudno znaleźć kogoś, kto nie słyszał o tym panu. Zaskakujący jest jednak fakt, że nasze pokolenie wykazuje brak choćby fragmentarycznej znajomości jego twórczości. Czy powodem jest niemodny już dziś sposób śpiewania? Lalusiowaty image? Zaraz, zaraz, przecież Presley był jednym z największych buntowników swoich czasów! Jego wizerunek i zachowanie uchodziły w tamtych czasach za ekstrawaganckie, a wręcz nieprzyzwoite. Wystarczy wspomnieć występ w telewizyjnej audycji Miltona Berle'a, gdzie jego kontrowersyjne ruchy biodrami wywołały skandal.

Warto w tym momencie nadmienić, że termin "rock and roll" wywodzi się z bluesowego slangu i oznacza po prostu akt seksualny. W odniesieniu do nowopowstałego gatunku muzyki, jako pierwsi zaczęli go używać dziennikarze promując czarnoskórych, rhythm and bluesowych wykonawców wśród białej publiczności. To właśnie z takiego grania wywodzi się interesujący nas nurt. Na rock and roll wpływ miały również: muzyka country (to z jej słuchaczy wywodziło się wielu jego późniejszych entuzjastów), a także boogie i pośrednio jazz. Przełomowym momentem było spopularyzowanie prostej, lecz żywiołowej gry na gitarze elektrycznej, którą możemy usłyszeć w pierwszych piosenkach naszego Elvisa. Czegoś takiego przed 1954 rokiem jeszcze nie było. Do tego dochodziły młodzieńcze, oddające ducha czasu teksty oraz frywolne, buntownicze zachowanie. Nic dziwnego, że nasz bohater stał się idolem ówczesnych nastolatków. Wraz z nim oliwy do ognia dołożyli Carl Perkins oraz Jerry Lee Lewis - pierwszy prawdziwy rockowy skandalista (ożenił się ze swoją 13-letnią kuzynką). Ikoną tamtych czasów pozostaje jednak Presley. Dlaczego? W 1956 roku wydał pierwszą z płyt, które nazywamy dzisiaj "klasykami".

Elvis Presley - Elvis Presley (1956)
W tamtych czasach nie mówiono o albumach jako o dziełach sztuki. Traktowano je raczej jako zbiór kilkunastu piosenek, w żaden sposób ze sobą niepowiązanych. Często była to po prostu kompilacja singli nagranych w danym okresie przez artystę. Podobnie było z debiutanckim krążkiem Króla Rock'N'Rolla. Mimo to, okazał się on ponadczasowy i nawet dzisiaj brzmi zaskakująco korzystnie. Oczywiście jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia - nie spodziewajmy się wyważonej studyjnej obróbki po pozycji sprzed ponad pięćdziesięciu lat. Album uchwycił jednak doskonale klimat swojej epoki i stał się najlepszym świadectwem chwili, gdy rodziła się muzyka rockowa. Usłyszymy tu pełne energii piosenki takie jak I Got a Woman czy One-Sided Love Affair, a przede wszystkim ponadczasowy Blue Suede Shoes, który słyszał chyba każdy, kto kiedykolwiek włączył radio. Mamy tu też sporo miłosnych ballad będących znakiem rozpoznawczym Presley'a. Nastrojowa, okraszona pogwizdywaniem I Love You Because, a także wykrzyczana Tryin' to Get to You wprowadzają do krążka nieco nostalgii.

Jeśli chcemy zapoznać się z pierwotnymi czasami rock and rolla, debiut Elvisa to najlepszy wybór na początek. Dla zachęty, zapraszam do wysłuchania tego klasycznego kawałka (skomponowanego i wykonywanego wcześniej przez Carla Perkinsa):

Fats Domino - This Is Fats (1956)
Rok 1956 to też data wydania słynnego albumu jednego z najpopularniejszych piosenkarzy rhythm and bluesowych lat 50. - This Is Fats Fatsa Domino. Ten przemiły, czarnoskóry wokalista zaserwował na nim całą masę chwytających piosenek opartych na fortepianie, które zainspirowały główny nurt muzyki popularnej w następnej dekadzie, włączając w to The Beatles. Ten autoironiczny artysta był również protoplastą rock and rolla - jego debiutancki utwór z 1949 roku zatytułowany The Fat Man stanowił wzorzec dla wielu późniejszych wykonawców grających ten gatunek. Dzisiaj jednak najbardziej cenimy go za przepiękną balladę Blueberry Hill, która ukazała się na This Is Fats, a której skomplikowany proces nagrywania (wiele podejść, zapominanie przez Fatsa tekstu, sklejanie ścieżek) obrósł legendą.

W połowie lat 50., kiedy rodził się rock and roll, zadebiutowali niesamowicie kreatywni, czarnoskórzy wykonawcy. Ich działalność stanowiła swoisty przełom i to nie tylko na tle muzycznym. Ale o tym w następnym artykule.


Główne źródła informacji:
T. Rusinek, Historia muzyki na świecie. [Online]. Protokół dostępu [cop. 2001].
1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej, pod. red. R. Dimery'ego, tłum. M. Bugajska, J. Topolska, J. Wiśniowski, [cop. 2005].

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Rok 2007: lektury obowiązkowe

Apogeum. Bardzo wyraziste płyty, choć niekoniecznie takie znowu świetne. Nie wiem, co o tym sądzą krytycy, ale moim zdaniem w 2007 roku doszło do pewnego przesilenia. Dekada rozwarła się w całej okazałości ukazując swoje sprzeczności, eklektyzm, przesadę i bogactwo. Czy mam rację - oceńcie sami zagłębiając się w te albumy.

Bon Iver - For Emma, Forever Ago (Jagjaguwar)
Potrzebna była taka płyta. W dobie współczesnych, masywnych dźwiękowo produkcji, od których można niekiedy nabawić się bólu głowy, ta szczera płyta była ukojeniem dla skołatanych zmysłów. Autentyczność przekazu słownego jak i muzycznego wydaje się w tym przypadku niezaprzeczalna. Justin Vernon (bo to on stoi za całością projektu Bon Iver) zamknął się na kilka miesięcy w domku na odludziu, aby poukładać sobie życie na nowo. Skomponował przy okazji dziewięć uroczych piosenek na akustyku i opatrzył je tekstami o swej dawnej, utraconej (przed wiekami!) miłości do Emmy. Nagrał to wszystko na staroświeckim, analogowym sprzęcie z użyciem jedynie swojego głosu, gitary i bębnów (w trzech utworach). Następnie powrócił do cywilizacji i wydał tę płytę samodzielnie. Rzecz zrobiła furorę wśród sieciowych wrażliwców i dopiero po roku została oficjalnie wypuszczona na rynek przez większą wytwórnię.
Sam album, bez tej całej uczuciowej otoczki, jest zdecydowanie godzien uwagi. Zamieszczone tu ballady ujmują swoim urokiem, melodyjnością i prostotą aranżacji. Wiele zawdzięczają wyjątkowemu, ciepłemu głosowi Vernona, a także sposobie nagrania. Słuchając płyty niemalże czujemy atmosferę małej, drewnianej chatki i podwieczorka przy kominku! For Emma, Forever Ago to dobry sposób na wyciszenie się i odgrodzenie od zgiełku świata, nawet mimo małego zróżnicowania piosenek. A może dzięki temu właśnie.

Panda Bear - Person Pitch (Paw Tracks)
Panda. Panda Bear. Panda Bear zainspirowany. Panda Bear zainspirowany Beach. Panda Bear zainspirowany Beach Boys'ami. Panda Bear zainspirowany Beach Boys'ami nagrał. Panda Bear zainspirowany Beach Boys'ami nagrał płytę. Panda Bear zainspirowany Beach Boys'ami nagrał płytę z zapętleniami.
To na górze to oczywiście impresjonistyczny zapis uczuć po pierwszym przesłuchaniu tej płyty. Jest to spore uproszczenie, jednakże właśnie na takim pomyśle członek Animal Collective oparł swoje dzieło. Wszystko jest tu zapętlone, a najczęściej chórki a la Beach Boys, które znajdziemy praktycznie w każdym kawałku. Wszystkie nagrał sam Panda Bear, rzecz jasna. Ażeby nie było nudno, muzyk postarał się o całe mnóśtwo aranżacyjnych smaczków, które można by odkrywać i odkrywać. Może właśnie po to powstał ten album? Odkrywaniu coraz to nowych ciekawostek sprzyja przecież zapętlenie motywów - nie trzeba bowiem zastanawiać się nad treścią muzyczną.
Ba, nawet nad treścią słowną nie trzeba się zastanawiać, bo jest praktycznie w całości niezrozumiała (kawałek bambusa dla tego, kto odczyta wszystkie te zapętlone liryki ze słuchu). Trzeba jednak przyznać, że pomysł jest bezkompromisowy i oryginalny. Odkryć wszystkich zamieszczonych tu smaczków chyba się nie da, trzeba więc albo dać sobie spokój albo uznać album za genialny.

Rihanna - Good Girl Gone Bad (Def Jam)
Muzykę łączono już z wieloma "rzeczami". Starożytni łączyli ją z poezją i epiką. Muzyka doczekała się odmiany tanecznej i teatralnej (czyt. operowej), została wykorzystana także do podboju USA (The Beatles), jako podkład dźwiękowy do Gwiezdnych Wojen i innych filmów. Później zaczęto tworzyć filmy na potrzeby muzyki (czyt. teledyski). Następnie pomysł ten rozwinięto i powstało coś na kształt muzycznej erotyki. Konwencja ta upowszechniła się w dekadzie zerowej, kiedy to zauważono jej komercyjny potencjał, a zaczęła całkowicie dominować gdzieś po roku 2007. Robiła się wtedy coraz bardziej prostolinijna i wulgarna, a przy okazji przestała szokować ze względu na swą wszechobecność.
W powyższych tezach jest, rzecz jasna, nieco przesady, jednakże tytuł tej płyty mobilizuje do jasnego postawienia sprawy: "good girl gone bad" oznacza w tym przypadku "dobra dziewczynka postanowiła zarobić". Pomogli jej w tym producenci, którzy postarali się o kilka chwytliwych singli i kilka WYPEŁNIACZY. Pomogli jej specjaliści od wizerunku, reżyserzy teledysków oraz cały sztab marketingowy. Muzyka pełni tutaj drugoplanową rolę, jest nagrana momentami wręcz ascetycznie i próżno szukać tu takich aranżacji jak na Loose lub FutureSex/LoveSounds.
Cóż, Rihanna (w domyśle: jej menadżerowie) nie wymyśliła nic nowego. Podobna konwencja istniała już od dawna, lecz gdzieś od 2007 przeważyła nad wszelkimi innymi i panuje do dziś. Pytanie tylko, jak długo pozwolimy na wpychanie sobie do głowy waty - chyba chcemy słuchać muzyki, prawda?

LCD Soundsystem - Sound of Silver (DFA/Capitol)
Dekada zerowa była czasem, kiedy punk coraz mniej przypominał punk. Hasła takie jak "Punk's Not Dead" świadczyły tylko o dogorywaniu głównego nurtu tegoż gatunku rocka, który przestał być wierny anarchistycznym ideałom, a zbratał się z popem, rockiem stadionowym i znienawidzoną progresją. Doszło do tego, że taki LCD Soundsystem otrzymał etykietę zespołu dance-punkowego, choć rdzennego punku nie przypomina ani trochę.
Przyznać trzeba, że muzyka Nowojorczyków rzeczywiście rwie na parkiet. Sound of Silver nie jest jednak zwykła płytą taneczną. Można jej słuchać z powodzeniem także w domowym zaciszu, podczas podróży czy gdziekolwiek indziej. Muzycy postarali się bowiem o interesujące aranżacje z wykorzystaniem pianina, elektroniki i punkowych gitar, które na długo zostają w pamięci. Nie stawiali sobie ograniczeń: utwory trwają niekiedy po osiem minut.
Znajdziemy tu odwołania do syntetycznego klimatu lat 80. (utwór tytułowy), muzyki typowo elektronicznej (Get Innocous!), garage rock revivalu (All My Friends), a nawet funku (Us V Them). Jest tu też nostalgiczna ballada New York, I Love You, But You're Bringing Me Down, która wydaje się być idealnym zwieńczeniem tego różnorodnego albumu, a może i całego istnienia punku.

Radiohead - In Rainbows (-)
Największą sensacją związaną z tym albumem nie była jego jakość, ani zmiana stylu Radiogłowych, ani żadne nowatorstwo, ale właśnie ta pauza w miejscu wytwórni. Wszystkim zaznajomionym z tematem wiadomo, że giganci rocka alternatywnego nie czekając, aż materiał wycieknie do sieci, sami wrzucili całą płytę do ściągnięcia ze swojej strony (za darmo lub za opłatą według własnego uznania). Skutków tego przedsięwzięcia nie sposób dziś jeszcze ocenić, natomiast nie ulega wątpliwości, iż było to wydarzenie wyjątkowe. Możliwe, że zapoczątkuje ono zupełnie nową erę słuchania muzyki, w której płyty kompaktowe zupełnie stracą na znaczeniu. Możliwe, że okaże się jedynie incydentem, o którym nikt nie będzie za dziesięć lat pamiętał.
Trzeba to zaznaczyć - nie każdy mógł pozwolić sobie na taki ruch. Radiohead jest bowiem jednym z niewielu obecnych wielkich zespołów, którego kolejne albumy przyjmowane są z niegasnącym entuzjazmem. Swoją renomę zawdzięcza przede wszystkim muzyce, ale też temu, że za każdym razem potrafi zaskoczyć. Tym razem panowie Abingdonu rzeczywiście namieszali, bardziej jednak sposobem dystrybucji, niż samym albumem. Piosenki na nim zawarte to typowy Radiohead na wysokim poziomie, bez fajerwerków, ale też bez słabych punktów. To Radiohead jaki kochamy i jakiego lubimy słuchać. To Radiohead, który uwielbiamy bez względu na to, że uwielbiają go wszyscy. Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Może z powodu braku innych wielkich zespołów w dzisiejszych czasach?

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Rok 2006: lektury obowiązkowe

Był to czas wyrazistych wydarzeń muzycznych. Lwia część z nich, należąca do tak zwanej "popowej rewolucji" roku 2006 (jak określili ją niektórzy dziennikarze), to propozycje kojarzące się z powszechnym zepsuciem muzyki, "papką" dla mas, nieambitnym chłamem, perfidną "komerchą" itd. Czy słusznie? Postaram się na to pytanie odpowiedzieć.

Przy okazji, rok 2006 był też rokiem Arktycznej Małpy.

Arctic Monkeys - Whatever People Say I Am, That's What I'm Not (Domino)
Wymienianie tytułów jakimi ta płyta została obdarzona w momencie wydania jest w tym przypadku raczej nie na miejscu. Był to bowiem specyficzny czas, w którym nie dało się rzeczy ocenić obiektywnie, a jedynie przez pryzmat własnych skojarzeń czy odczuć.
Nie sposób ominąć faktu, że zespół ten stał się głosem pokolenia prawie wszystkich nastoletnich Anglików. Dla nich Alex Turner był wieszczem, poetą, wyrazicielem ich myśli, Jimem Morrisonem dzieci indie. Wtedy nie było ważne na ile ich ulubiony zespół zrzynał z The Strokes, na ile z The Kinks, a na ile sam się wymyślił. Liczył się tamten moment, tamta chwila, kiedy młodzi ludzie śpiewali młodym ludziom o problemach młodych ludzi. A że muzycznie ten album nie był żadnym novum? To się nie liczyło - Whatever People Say I Am, That's What I'm Not był wystarczająco dobry, aby stać się lekturą obowiązkową każdego młodego adepta muzyki rockowej i nie tylko.
Czy debiut Arctic Monkeys był rzeczywiście najlepszym debiutem od czasu Definitely Maybe, jak obwieścili swego czasu dziennikarze? Na to pytanie możemy odpowiedzieć sobie sami, o ile słyszeliśmy ich późniejsze płyty.

Joanna Newsom - Ys (Drag City)
Dekada zerowa była czasem tagów. Te krótkie określenia stylu czy charakteru muzyki, szczególnie spopularyzowane przez portal last.fm, stały się punktem odniesienia w dyskusji na temat jakiegokolwiek wykonawcy. Kiedy przypięło się już komuś taką "łatkę", można było oceniać, podziwiać, krytykować i mieć w ogóle jakieś zdanie. Oczywiście ludzie od zawsze lubili klasyfikować. I od zawsze mieli problemy z takimi artystami jak Joanna Newsom.
Najczęściej przyklejanym do niej tagiem był tak zwany freak folk. Ta urocza harfistka stworzyła jednak dzieło daleko wykraczające poza ramy gatunku. Zacznę od tego, że harfa to raczej nie jest instrument ludowy. Kompozycje z tego wyjątkowego albumu nabierają dzięki niej posmaku pieśni antycznych aojdów, a może nawet elfickich pieśniarzy (oba porównania są odległe, a jednak w jakiś sposób bliskie współczesnemu odbiorcy, nieprawdaż?). Dodatkowo mamy tu orkiestrowe, klasyczne aranżacje, a na tle tego wszystkiego wysoce oryginalny i nieco dziecinny głos głównej bohaterki przedstawienia. I wreszcie kompozycja piosenek: otwarta i swobodna muzyczna opowieść, której nie da zamknąć się w czterech minutach. Niemalże jak u Boba Dylana.
I jakim to tagiem określić ten album? Proponowałbym tylko jeden - "Joanna Newsom".

Justin Timberlake - FutureSex/LoveSounds (Jive)
Moment, w którym słuchanie współczesnego popu rzekomo przestało być obciachem, jest wielokrotnie utożsamiany z pojawieniem się tego albumu, tego właśnie artysty. Czy rzeczywiście tak się stało - to temat na odrębną dyskusję. Przyznać jednak trzeba, że jak na tego typu produkcję, FutureSex/LoveSounds jest płytą zdecydowanie ambitną, a przynajmniej ambitną muzycznie.
Głównymi producentami albumu byli w tym przypadku Timbaland i Danja, na szczycie swojej popularności i kreatywności. Począwszy od piosenki tytułowej (mającej w sobie coś z Another One Bites the Dust), przez dwa największe hity (Sexyback i My Love) i bogate aranżacyjnie What Goes Around... Comes Around (Interlude), a na wyciszonych Until The End of Time i Losing My Way kończąc, płyta nie traci nowoczesnego, tanecznego charakteru. Wyjątkowo dużo dzieje się tam w sferze instrumentalnej. Są tu smyczki, gitary, basy, beaty, wokalizy, chórki, rapowane zwrotki, czy też klimatyczne, muzyczne przerywniki. W zdziwienie mogą wprawić dwa odmienne od reszty utwory. Funkowy Damn Girl, wyprodukowany przez Jawbreakers, przywodzi na myśl dokonania Jamesa Browna (perkusja!). Z kolei ballada All Over Again (Another Song), którą zajął się Rick Rubin, poraża prostotą i pięknością swej melodii.
Otrzymujemy zatem album różnorodny, pełen smaczków, doskonale wykonany, nagrany i skomponowany (przez samego artystę, a to w popie rzadkość). Czy zatem słuchanie popu przestało być śmieszne? Chyba nie, natomiast ja nie będę śmiał się z żadnego słuchacza tegoż albumu.

Muse - Black Holes and Revelations (Helium 3, Atco)
O ile Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band pozwolił wejść muzyce rockowej na salony, to czwarty album Muse zapewnił jej miejsce na dyskotekowych parkietach. Dodam, że uczynił to zarówno bez utraty jakości, jak i ambicji. Doskonałym tego przykładem jest otwierający płytę Take a Bow: progresywnie się rozwijający, z patetycznymi wokalizami a la Queen, a jednak taneczny, jeśli chodzi o aranżację. Podobnie jest z trzema następnymi utworami: niesamowicie melodyjnym Starlight, względnie ciężkim Supermassive Black Hole i depeszowym Map of Problematique. Muse jednak nie poprzestali na łączeniu art rocka z muzyką taneczną. Na BH&R zaserwowali jeszcze dwie kojące ballady (Soldier's Poem i Invincible), niemalże metalowy Assasin, niepoprawny politycznie Exo-Politics, oraz trzy utwory z domieszką hiszpańskiej i włoskiej muzyki. Wśród nich znalazł się Knights of Cydonia z jednym z najlepszych riffów dekady zerowej.
We wszystkich tych utworach panowie z Muse utrzymali formę, nie zdradzili swoich ambicji, ani ideałów, ani też nie odbiegli od przystępności swej muzyki (wnioskuję z ilości sprzedanych egzemplarzy płyty).
Mówi się, że Black Holes and Revelations to najmniej progresywny album tej grupy. Ja twierdzę, że jest właśnie najbardziej progresywny, ponieważ przełamał najwięcej stereotypów i muzycznych barier.

Nelly Furtado - Loose (Geffen, Mosley)
Wraz z Justinem Timberlake'iem, Nelly Furtado jest uznawana za symbol popowej rewolucji roku 2006. Trudno się z tym nie zgodzić. Piosenki takie jak Maneater czy Promiscious oblegały wtedy listy przebojów przez wiele tygodni, a album sprzedawał się jak ciepłe bułeczki. I chociaż podobnym sukcesem mogłoby się pochwalić parę tuzinów innych gwiazdek pop, to przypadek tej kanadyjskiej wokalistki jest na swój sposób wyjątkowy.
Nelly zaczęła swoją karierę od akustycznych balladek, takich jak I'm Like a Bird. Nie jest jedną z wymyślonych przez showbiznes lalek, ale artystką, która sama komponuje sobie piosenki. Tym dziwniejsze było nagranie przez nią albumu w odmiennej, dyskotekowej stylistyce oraz zdanie się na innych w kwestii kompozycji utworów. Zajął się nią sam Timbaland (jak już wspomniałem, na szczycie popularności), zupełnie odmienił jej wizerunek, styl i docelowych odbiorców; dołożył też wokal w Promiscious, a także swoje "e" w Say It Right. Pomyślelibyśmy - Nelly sprzedała się. I pewnie tak się stało. Tym bardziej zaskakujący jest fakt, że Loose to po prostu dobry album. Ba, miejscami wręcz ambitny: mroczny i mocny Maneater, In God's Hands z przesłaniem (nawiasem mówiąc, nieco podobny do Iris Goo Goo Dolls), czy też All Good Things (Come to an End) napisany przez Chrisa Martina, to piosenki, których nie znajdziemy na pierwszym lepszym popowym albumie. Może gdyby nie ciężkostrawne utwory z domieszką muzyki latynoskiej (ze wszystkimi wadami tej stylistyki), byłby to nawet album bez słabego punktu?
Tak, czy inaczej, Loose to płyta godna umieszczenia na liście lektur obowiązkowych ostatniej dekady. Trudno o lepszy przykład gwałtownej zmiany stylu i wizerunku z zadowalającym efektem końcowym.