niedziela, 5 stycznia 2014

Fryderyk Nguyen: Najlepsze zagraniczne albumy i piosenki 2013 roku

Już od jakiegoś czasu, zachęcany przez mojego Przyjaciela Sławka, przymierzałem się do napisania czegoś dla „Muzycznej Podróży”. Jako że Redaktor Naczelny tego nietypowego bloga, mieszkając za granicą, często pisze o polskiej muzyce, pozwoliłem sobie na mały rewanż, pisząc o muzyce zagranicznej 2013 roku z perspektywy polskiej. Zapraszam do przyjrzenia się albumom i piosenkom, które zwróciły moją uwagę w ostatnich dwunastu miesiącach. 


ALBUMY

5. Daft Punk – Random Access Memories
Pamiętam, jak jadąc pod Zamość do Starej Huty, gdzie mieliśmy z Katedrą zagrać koncert w hipisowskim klubie „Szkoła 69”, Paweł razem z Michałem i Tomkiem (naszym przyjacielem-kierowcą) katowali nas tym albumem. Wydał mi się wtedy chłodny, a przetworzone komputerowo wokale, mimo ciekawych aranżacji, skutecznie mnie od niego odstraszały. Nazwa Daft Punk obiła mi się wcześniej o uszy, jednak wiedziałem o nich ledwie tyle, że tworzą muzykę elektroniczną, a na początku nowego tysiąclecia wydali podobno dobry album „Discovery”. Dziś wiem niewiele więcej, ale na pewno zmieniło się moje podejście do ich najnowszego dzieła.

Do „Random Access Memories” nie przekonałem się za sprawą granego wszędzie Get Lucky, które ma na płycie znacznie poważniejszych konkurentów. Pojawienie się jednak tej piosenki w tak szerokim obiegu każe z optymizmem patrzeć na rozwój tendencji we współczesnym popie. Okazuje się, że zapewnić sukces mogą dzisiaj nie tylko komputerowy beat i teledysk porno, lecz także dobra melodia i aranż. Takich dobrych melodii i aranżacji w stylu disco i popu z przełomu lat 70. i 80. jest tutaj sporo. Give Life Back to Music, The Game of Love, Lose Yourself to Dance mogłyby spokojnie królować na parkietach trzydzieści lat temu – tym dziwniejsze, że robią to dzisiaj. Lecz nie tylko piosenkami ten album stoi. „Random Access Memories” to płyta zaskakująco spójna, jeśli weźmie się pod uwagę różnorodność zastosowanych na niej środków wyrazu. Najlepiej obrazuje to Giorgio by Moroder, w którym ten sam motyw przetwarzany jest we wszystkich możliwych stylach muzycznych. Do orkiestry dołącza rockowa sekcja rytmiczna, jakby jej nieodłączny składnik, taneczne disco płynnie przechodzi w jazz, a wszystko poprzedza bardzo klimatyczny monolog Giorgia Morodera, przywodzący na myśl konceptualne zapędy Floydów. Na albumie roi się od niespodziewanych gości (osobiście cieszy mnie obecność Pandy Beara z Animal Collective). Najciekawsza jest chyba kooperacja z Paulem Williamsem w utworze Touch, gdzie po mrocznym wstępie pojawia się musicalowy rozmach, a następnie katartyczna, beatlesowska pointa: „Hold on if love is the answer you're home”.

Daft Punk zaskoczyli na „Random Access Memories” powrotem do korzeni muzyki tanecznej, ale także tym, że ten powrót okazał się wyjątkowo świeży. Mimo swej długości potrafi przykuć uwagę, nawet jeśli z początku wydał się „chłodny”.


4. Julianna Barwick – Nepenthe
Można powiedzieć, że twórczość Julianny Barwick śledzę od początku. Nie chodzi tu o idealny początek wszechrzeczy, jak ktoś mógłby pomyśleć, i byłoby to poniekąd uzasadnione w przypadku tej niezwykłej muzyki. Nie chodzi też o początek jej twórczości, ponieważ w przepastnych podziemiach Internetu nigdy nie dogrzebałbym się do pierwszej EP-ki z 2006 roku w momencie wydania. Śledzę zaś twórczość Julianny Barwick od momentu, kiedy stała się znana szumnie nazwanemu „Sieciowemu Audytorium Muzyki Alternatywnej”*, czyli od debiutanckiego albumu „The Magic Place”. „Nepenthe” jest zaledwie drugim długograjem artystki, więc czas mojego śledzenia nie wyda się Czytelnikom zbyt długi. Jednak biorąc pod uwagę coraz większe przyspieszenie życia wirtualnej rzeczywistości (i nie myślę tu o szybkości łącza), to, że nie zapomniałem o Juliannie Barwick przez dwa lata od wydania jej pierwszej płyty, każe zwrócić na nią szczególną uwagę. Zwłaszcza że muzyka, którą niosą ze sobą dwa dzieła artystki, budzi skojarzenia raczej z porządkiem idealnym, a co za tym idzie - wiecznym, niż z porządkiem rzeczy.

Właściwie trudno powiedzieć, czy Juliannie Barwick bliżej do mistycyzmu średniowiecznych kantyczek Hildegardy z Bingen, czy do mistrzów ambientu w rodzaju Williama Basińskiego. Podniosły nastrój, wielość głosów oraz mojego kochanego pogłosu każe rozpatrywać jej „pieśni” w odniesieniu do muzyki chóralnej, nie monofonicznej jednak, a polifonicznej. Lecz sytuacja, gdy takich „pieśni” nie wykonuje chór, a jedna osoba, korzystająca z efektu chyba najbardziej współczesnego, bo loopera, zwraca nas ku dzisiejszym osiągnięciom elektroniki, a idąc dalej tym tropem i biorąc poprawkę na łagodny i powtarzalny charakter fraz melodycznych, wchodzimy do królestwa ambientu. Właśnie to lubię w Juliannie Barwick – idealne (w obu znaczeniach) połączenie nowoczesnych osiągnięć techniki z klimatem utworów najstarszej znanej kompozytorki o udokumentowanej biografii.

Trudno tu pisać o poszczególnych fragmentach, bo cała płyta „Nepenthe”, zresztą podobnie jak debiut, mówi jednym głosem, mimo że na fakturę jej „pieśni” składa się ich bardzo wiele. A słowo „pieśni” daję w cudzysłów, ponieważ większość z nich nie zawiera słów znanych w ludzkich językach. Wszystkie są właściwie jednym Słowem.

* ułożył się tu ciekawy skrót „SAMA”.


3. Julia Holter – Loud City Song
Muzyka Julii Holter nieodparcie kojarzy się z muzyką Julianny Barwick; z jednej strony na zasadzie podobieństwa, z drugiej – przeciwieństwa. Na pierwszy rzut oka podobne są oczywiście imiona: Julia i Julianna. Obie są artystkami, które stały się znane w kręgach „Sieciowego Audytorium Muzyki Alternatywnej” w podobnym czasie i wydały swoje debiutanckie albumy w 2011 roku. Do tego zawsze znajdują się wśród „podobnych wykonawców” na last.fm, a we współczesnych internetowych kryteriach to nie byle jaki argument. Różnica jest natomiast jedna: Julianna z użyciem minimalistycznych środków (wokal, pianino, czasem instrumenty strunowe) osiąga nastrój wręcz „kosmiczny”, Julia natomiast, posługując się znacznie bardziej poszerzonym instrumentarium, jest raczej kameralna.

Oczywiście nie zawsze. Drugi na płycie Maxim's I ma charakter wyraźnie podniosły. Mimo to można go potraktować jako wizytówkę całego albumu, bo jest w nim wszystko, co świadczy o stylu, jaki teraz prezentuje Julia: przestrzeń wypełniona przez elektronikę, tu i ówdzie pianino, smyczki, jazzująca perkusja traktowana miotełkami, a przede wszystkim głos – niby łagodny, ale zdecydowany, momentami aktorski, czasem szepczący, melorecytujący, zbliżający się momentami do rapu... Z pewnością znalazłoby się tysiące wokalistek o lepszej emisji, dysponujących większą liczbą oktaw, ale drugiego takiego głosu znaleźć nie sposób. Zresztą nie ma takiej potrzeby – po co taki głos, które nie śpiewałby takich piosenek. Cichutki i przejmująco smutny otwieracz World, albo wprowadzający w klaustrofobiczny nastrój Horns Surrounding Me, albo jazzowo-popowo-hip-hopowy z wpływami Kate Bush In the Green Wild, albo kołyszący do snu, a przy tym pełen ekspresji He's Running Through My Eyes, czy wreszcie zwiewne i trochę retro This Is a True Heart. No i jeszcze jeden utwór, ale o nim później. Piosenki ubogacają czasem ładnie wkomponowane partie dęciaków – raz łagodne, raz groźne niby trąby jerychońskie.

Z tego opisu ktoś mógłby wnioskować, że album jest niespójny. W żadnym wypadku. Wszystko spaja głos głównej bohaterki zapraszający nas na kolejne etapy podróży po tytułowym mieście, którego cisza jest tylko pozorna...


2. Pond – Hobo Rocket
Tytuł nowej płyty australijskiego bandu, którego połowa członków to muzycy ulubionego zespołu Katedry (oczywiście Tame Impala), nawiązuje do katastrofy promu Challenger z 1986, a przynajmniej tak chce teledysk do wieńczącego płytę kawałka Midnight Mass (At the Market Street Payphone). Trudno tu jednak szukać jakiegoś głębszego, tekstowego przesłania. Nie jestem pewien, ale na przykład Xanman z powtarzanym w nieskończoność wersem "Xanman, won't you understand you're not crying for your Xanman?" jest sensu raczej pozbawiony. Nawiązanie do promu nie ma więc chyba na tym albumie żadnego ukrytego znaczenia. Że niby tak samo jak jego lot jest krótki?

Powyższe zastrzeżenie nie zmienia natomiast tego, że jest to najlepszy gitarowo album minionego roku. Nie chodzi mi o ukochane przez masy "solówki", ale o osiągnięte tu niesamowite brzmienie, które tylko pozornie przypomina płyty z przełomu lat 60. i 70. Mieszanie różnych zwariowanych efektów grozi często chaotycznym - notabene - "efektem" końcowym. Tutaj to nie nastąpiło, a wszystkie modulatory dźwiękowe tworzą arcyciekawą i klarowną fakturę. Bardzo ciężkie i brudne sfuzzowane gitary, mimo że zazwyczaj kojarzą się z różnymi odmianami stonera, na nowej płycie Pond brzmią jak najbardziej oryginalnie. Prawdopodobnie dopalono je jeszcze jakimś generatorem dolnej oktawy (całkiem możliwe, że również bas), dlatego odnosimy wrażenie ich "grubości". Do tego charakterystyczny dla współczesnej australijskiej psychodeli phaser, prócz niego flanger, a w otwierającym płytę Whatever Happened to the Milion Head Collide? także tzw. Rainbow Machine - efekt spopularyzowany przez Omara Rodrigueza-Lopeza z The Mars Volta.

Rzecz jasna, nie na samej gitarze opiera się album - we wspomnianym Whatever Happened... pojawiają się na przykład crimsonowskie, mroczne dęciaki. Z kolei bezsensowny refren Xanmana jest mimo wszystko bardzo chwytliwy - i aż dziwne, że to nie on promował płytę. Pierwszym singlem (lub czymś w tym rodzaju) był Giant Tortoise z naprawdę świetnym riffem i łagodnymi, przestrzenno-kosmicznymi zwrotkami. Duże wrażenie robi pięknie zaaranżowany, trochę w stylu kawałków Harrisona z czasów Beatlesów, utwór O Dharma. Po nim nieoczekiwanie wchodzimy w klimaty bardziej brudne, sabbathowe (Aloneflameflower). Komiczny kawałek tytułowy z monologiem i podkładem z wpływami muzyki hinduskiej jest zaś wstępem do wieńczącego album Midnight Mass przypominającym w dużej mierze Floydów z okresu Pompei. Jak widzimy, nawiązań jest tutaj niemało, ale świeże brzmienie wyklarowane przez Australijczyków spaja je w spójną całość, której słucha się z przyjemnością wiele razy.


1. MGMT - MGMT
Być może trochę dziwi wymienienie tego albumu tego zespołu jako najlepszego w minionym roku. MGMT byli na topie dobre pięć lat temu dzięki hitom pochodzącym z tak bardzo różnej od tej płyty - "Oracular Spectacular", ale ich ostatnie dzieło przeszło w zasadzie bez echa. I chyba to jest właśnie powód, dla którego warto o nim wspomnieć, bo zostało przemilczane w środowiskach audiofilskich zupełnie niesłusznie.

Powodów może być kilka. Jednym z nich jest pewnie odmienny styl niż ten zazwyczaj kojarzony z Amerykanami. Zamiast chwytliwych hooków, syntezatorowych melodyjek z reklam, nowa płyta MGMT przyniosła muzykę bardziej awangardową, skomplikowaną, jednym słowem - trudniejszą. Drugi powód tkwi w tym, że do tego albumu trzeba się przekonać. Muzyczne wdzięki kryją się często pod grubą warstwą szumów i zwariowanych odgłosów. Cała przyjemność polega na odkrywaniu smaczków, na dochodzeniu "o co tak właściwie chodzi" i "co autorzy mieli na myśli". Tak samo bywa przecież z płytami Radiohead, których jednak nikt przez to nie pomija. Do twórczości tychże mamy tu zresztą nawiązanie, szczególnie wyraźne w utworze Astro-Mancy z chłodną i udziwnioną partią perkusji elektronicznej (albo automatu), elektronicznym tłem i melancholijnymi, choć lekko "znudzonymi" wokalami, co razem tworzy wrażenie ukrytej między wierszami grozy. Podobny nastrój panuje w A Good Sadness. Komputerowe dźwięki ulegają w nim postępującym przeobrażeniom, które powoli wynaturzając wokal prowadzą do jego zaniku i w końcowych taktach pozostają tylko one same - jak w świecie zdominowanym przez maszynę. Taki zdehumanizowany charakter ma także Cool Song No.2, ale tam pojawiają się stanowiące element "uczłowieczający" dźwięki pianina. Utwór ten ma też całkiem przyjazną uchu melodię z zaśpiewami w stylu lat 60. - nie jest to jednak bezwzględny hit. Jeśli gdzieś szukać dawnego MGMT, to tylko w singlowym Your Life Is a Lie, ale i tak będzie to zaledwie powrót do psychodelicznego "Congratulations", a nie do przebojowego "Oracular...".

Płyta dzieli się z grubsza na dwie części, obie po pięć utworów. Pierwsza jest bardziej piosenkowa, choć różnorodne aranżacyjne zabiegi skutecznie wykluczyły jej nośność. MGMT zrekompensowali to artystycznie. Czy weźmiemy na pół nowoczesny, a na pół retro cover Introspection, otwierający album Alien Days, czy przejmujący Mystery Disease, wszędzie znajdziemy antyprzebojowe dodatki. A to śpiew dziecka i rozstrojony syntezator, a to zmodulowane wokale, organy, czy wreszcie sample, m.in. z piosenki Weekend Lover Odyssey. Druga część płyty jest już pójściem na całość i wymaga od słuchacza jeszcze więcej uwagi. Cierpliwość zostaje jednak wynagrodzona. Bardzo zaimponowała mi kompozycja utworu I Love You Too, Death, gdzie powtarzany właściwie ten sam motyw melodyczny wyłania się z chaosu przez cały czas trwania piosenki w bardzo powolnym tempie. Po nim mamy surf rockowy Plenty of Girls in the Sea, obowiązkowo udziwniony, a na koniec dostojny An Orphan of Fortune - doskonałe zwieńczenie albumu, którego rolę można porównać do Eclipse z "Dark Side of the Moon". Podobnie zresztą całą płytę. "MGMT" oczywiście nie jest nawet w połowie tak epokowym dziełem jak wspomniane, ale to właśnie jeden z albumów w tym stylu - rozwijających się, opowiadających jakąś historię, z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem, którą nie sposób pomylić z inną.


PIOSENKI

5. Foxygen - San Francisco 
Nie jestem wielkim entuzjastą chwalonego wszędzie, trzeciego albumu Kalifornijczyków, noszącego tytuł jednoznacznie kojarzącym się z pewnym okresem w muzyce rozrywkowej: "We Are the 21st Century Ambassadors of Peace & Magic". Za bardzo to dla mnie pastiszowe, przesadzone. Muszę jednak przyznać, że ta piosenka im wyszła. Melodia jest nie tylko stylowa, ale i chwytliwa. A już urocze rymy w refrenie tylko zwiększają rogala na twarzy ("That's okay, I was born in L.A.").


4. Arcade Fire - Reflektor
Do tego dwupłytowego współczesnego "arcydzieła" przekonam się pewnie po czasie albo i się nie przekonam, lecz jego utwór tytułowy, po początkowej konsternacji, muszę jednak zaliczyć do najświetniejszych kompozycji minionego roku. Złożona struktura, mnóstwo niebanalnych melodii, charakterystyczny teledysk, a przede wszystkim bogactwo tzw. smaczków wpisują go już dzisiaj do klasyki. Zwracam Waszą uwagę szczególnie na conga przypominające dźwięki powiadomień z Windowsa 7 i francuskojęzyczne partie wokalne Régine Chassagne (miód dla uszu!). 


3. Julianna Barwick - Forever
O Juliannie Barwick pisałem trochę już wcześniej, a to nagranie po prostu trzeba zobaczyć. W czasie nagrywania zeszłorocznej płyty artystka przeżyła śmierć swojej babci - nic dziwnego, że jeden z jej utworów nosi tytuł Forever.


2. Edward Sharpe & Magnetic Zeros - Better Days
Bardzo liczny kolektyw pod wodzą enigmatycznego Edwarda Sharpa, który, podobnie jak Sgt. Pepper, wcale nie istnieje. Przypadek ten różni się jednak tym, że Edward Sharpe ma swoją własną historię, wymyśloną przez lidera grupy - Alexa Eberta, dysponującego bardzo ciekawą barwą głosu. Sama piosenka, otwierająca trzeci już album grupy, to jedna z najradośniejszych kompozycji minionego roku, a przy okazji współczesny hymn slumsów (choć w teledysku wykorzystane są fragmenty z filmu "Breakin' 2: Electric Boogaloo z 1984 roku).


1. Julia Holter - Hello Stranger
Zbliżyliśmy się do końca, ale po takiej piosence wstyd będzie słuchać czegokolwiek prócz dojmującej ciszy. Rok 2013 dobiegł końca, a ten cover (bo jest to cover - i to właśnie jeden z tych niewielu, które przebijają oryginał) wydaje się już wystarczającym powodem, by uznać go za muzycznie wartościowy. Dziękuję z tego miejsca wszystkim muzycznym Przyjaciołom za nowe odkrycia, a w tym przypadku Michałowi z Katedry, który pewnego razu, podczas podróży z Podlasia w stronę Świnoujścia i FAMY, wpadł na pomysł zapoznać mnie z tym utworem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz